Zaznacz stronę

„Czego nie zauważyłem? Co zostało zranione, a z czego zrezygnowałem? Zabierz mnie do tych czasów i miejsc, kiedy Wojownik w moim wnętrzu został uśpiony. Obudź go we mnie i przywróć mi waleczne serce. Wyszkol mnie. Pokaż mi, czego się wyrzekłem, kiedy stałem się bierny. Naucz mnie, jak mieć serce nieustępliwe. Obudź mnie. Jestem gotowy. Jestem Twój.” (J. Eldredge, Droga dzikiego serca).

Ta Ewangelia zawsze przypomina mi, że jest we mnie postawa marudzenia, że jestem człowiekiem często niezadowolonym, czyli tak naprawdę nie widzącym, czego do końca chcę.

Jezus mówi o ludziach, którzy ciągle są niezadowoleni. Cokolwiek by nie zrobił, oni szukają pretekstu, by się Go pozbyć. Ile tego jest we mnie? Ile jest we mnie różnych pretekstów, by się Jezusa delikatnie pozbyć? Pozwolenie sobie na marudzenie, na niezadowolenie, na bycie malkontentem, albo niechęć wychodzenia z dołów – sprawiają, że rezygnuję z mojej drogi, że nie walczę, że zaczynam się bać. Puszczają mi hamulce, mówię wtedy, że miewam chwile słabości, rozwalają się moje postanowienia, zasady.

Aby się tego pozbyć, pozbyć tej wstrętnej cechy wiecznie niezadowolonych ludzi, trzeba wrócić do prawdy o sobie, powiedzieć sobie odważnie, co takiego i kiedy się wydarzyło, żeśmy zrezygnowali lub chcieli zrezygnować. Nie można przechodzić nad tym na zasadzie „jakoś to będzie”. To musi być prawdziwe i odnoszące się do konkretów, nie tyle przyznanie się do winy, co pragnienie wyjaśnienie SOBIE – swojej sytuacji.

Nie ma prawdziwego chrześcijanina bez obudzenia się. Bez przejścia z opcji maruda do opcji wojownik. Od śmierci do życia. Od nijakości do pragnień. Od przeciętności do wyjątkowości. I nie chodzi o zwykłe działanie, woluntaryzm polegający na tym, że zacznę robić wielkie rzeczy, albo że w ogóle zacznę działać. Chodzi o miłość, o pokochanie najpierw siebie, później innych. Ona staje się motywatorem (jedynym dobrym) do wszelkiego działania. Działanie zarazem staje się sprawdzianem tego, na ile jest to miłość egoistyczna, a na ile ma w sobie pragnienie wykraczania poza siebie.

No bo co za korzyść mieć będziemy z pobożności, wiedzy, bohaterskości, kiedy to wszystko będzie działaniem dla działania, dla wykazania siebie i swojej siły? W tym musi być miłość, bo ona nadaje sens i sprawia, że z człowieka marudnego – skupionego na sobie (na pozytywach i negatywach), staję się człowiekiem patrzącym na realne potrzeby drugiego.

SŁOWO