Zaznacz stronę

Zrobiłem sobie jeden dzień w samotności. Spotkanie z ludźmi zredukowałem do minimum, dużo spacerowałem, oglądałem z boku ludzi, nic do nich nie mówiąc, będąc anonimowym człowiekiem w tłumie. Czasem tego bardzo potrzebuję, żeby odpocząć.

Podczas tego spacerowania po dużym mieście nie zauważyłem, żeby Polska czy Polacy zmienili się od wczoraj. Podobną obserwację miałem po Wielkiej Pokucie w Częstochowie. Analogicznie(!) nie zauważyłem by ludzie masowo zaczęli słuchać Chopina po Roku Chopinowskim. Tak już się jakoś przyjęło, że w przestrzeni publicznej, politycznej, ale i religijnej lubimy organizować wielkie wydarzenia, które bardzo rozdmuchujemy medialnie, trochę zaklinając rzeczywistość, że po nich „wszystko się zmieni”. I myślę, że nie można się na to obrażać. Już jutro media będą mówiły o podatkach, kolejnych ekshumacjach i skandalach w różnych dziedzinach życia społecznego. Media tak po prostu mają. Jedne pokazywały to wydarzenie jak lek na całe zło tego świata i w pewien sposób jako „nasze zwycięstwo”, inne jako przykład zacofania, a jeszcze inne w ogóle tego nie zauważyły.

Jest oczywiście zasadnicza różnica w tym, kiedy ogłaszamy w Polsce Rok Chopinowski, a tym, kiedy w Polsce ogłaszamy Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana. Religia nie dotyczy wszystkich Polaków, a my sami w chrześcijaństwie uczymy za św. Pawłem, że Jezusa trzeba wyznać jako Pana swoimi ustami i w swoim sercu przyjąć wiarę.

Tak, żyjemy w czasach, kiedy ludzie (może za sprawą dostępu do mediów) są bardziej przewrażliwieni, chronią mocno możliwości samodecydowania i… kochają wymyslać problemy. Stąd do krzyku medialnego (wierzących i niewierzących) podchodzę z dystansem i cały dzień zadaję sobie jedno pytanie: co wczorajszy Akt wnosi w moje życie? Nic nowego. To do czego nawołuje Paweł – ja zrobiłem mając 18 lat. Do dziś mam z tego symboliczną kartkę zapisaną z datą tego dnia. I wcale to oddanie się Jemu i wyznanie Go jako Pana nie jest dla mnie wyrzutem sumienia i batem na mnie. Wręcz przeciwnie: On wie, że ja chcę by mnie ratował, by mnie wyrywał z opresji, skutków mojej głupoty i grzechów. Jego panowanie nie ma nic z obrazka króla czy innego władcy, ale sługi, który myje moje nogi z brudów, w które sam wlazłem. Wiem jednak, że to musi być osobista deklaracja, nie coś, co ktoś w moim imieniu, nawet mnie nie znając, uczyni.

Chcę dziś zrozumieć ludzi, którzy będąc Polakami, a nie dzieląc ze mną wiary, w jakiś sposób mogą czuć się zgwałceni. Chcę ich zrozumieć, bo jeśli sam oddałem życie Panu to jednym z tego skutków musi być empatia – współodczuwanie z innymi. Chcę ich zrozumieć, bo Aktu Przyjęcia dokonano w obecności władz naszej Ojczyzny, a władze te reprezentują wszystkich Polaków i choć obecność urzędników państwowych na tej uroczystości nie ma władzy sprawczej nad Polakami, to jednak w odbiorze społecznym tak, niektórzy mogą to odbierać. I nie mamy prawa (my – wierzący) mówić czegoś w rodzaju: co się przejmujecie, przecież nic się wam nie stanie. To – my chrześcijanie i Kościół pełnimy rolę służebną w stosunku do ludzi tego świata, nie na odwrót. Nie mamy żadnego prawa do robienia rzeczy, które można kojarzyć z triumfalizmem religii. Zresztą sami się oburzamy na muzułmanów, kiedy chcą zatriumfować ze swoją wiarą w naszym świecie. Piszę ten tekst także w imieniu co najmniej kilkunastu księży i sióstr zakonnych, którzy pytali się wczoraj siebie i mnie o to jaki to ma sens i mówili o tym, że nie potrafią się w tym zmieścić.

Nie wierzę w moc aktów, które są odczytywane przez księdza, które skutecznie coś zmienią. Wiemy z codziennej lektury Pisma, z codziennej modlitwy, że tylko moja osobista decyzja o nawróceniu (zmianie myślenia) jest w stanie zmienić mnie samego, a w konsekwencji zaświadczyć i pociągnąć innych do realnej zmiany.

I żeby było jasne. Nie kontruję tego, co się wczoraj stało. Cieszę się, że 80000 ludzi przyjechało do Łagiewnik, by się razem modlić. Kościół na tym polega, że się gromadzimy. Próbuję jedynie zrozumieć tych, którzy mówią: „to było głupie” i najpierw sobie, a później innym przypomnieć, że tylko wiara przyjęta sercem jest w stanie zmieniać moje życie. Przypomnieć, że często się nam zlewa myślenie magiczne z religijnym, że bardzo często traktujemy chrześcijaństwo jako przestrzeń do „pobożnych życzeń”, a nie do realnej codziennej pracy nad sobą. Przypomnieć też o tym, że religijność polegająca na organizowaniu wielkich akademii nie zmienia serca, ona często uczy tylko zachowań religijnych.

Wierzę w to, że Bóg, jak zawsze wykorzysta te polskie deklaracje do czynienia dobra. Wierzę, bo była w tym hierarchia mojego Kościoła, a wierzę w to, że zawsze kiedy jestem posłuszny Kościołowi to Bóg wyprowadza z tego dobro.