Zaznacz stronę

SŁOWO

Dzisiejsza Ewangelia zadaje cios pobożności, która mówi, że człowiek wierzący nie powinien odczuwać lęku.

Apostołowie są blisko Jezusa, są dopuszczeni do Jego codzienności, nauczania, wyjaśniania tego nauczania, Jego finansów, rodziny. Wiedzą, widzą i doświadczają więcej niż inni słuchający Jezusa. A jednak Ewangelia (jak ten dzisiejszy fragment) pokazuje nam wiele momentów, w których oni odczuwają lęk. Czasem wręcz paraliżujący.

Można każdego dnia chodzić na Eucharystię i się bać. Można się często spowiadać, udzielać innym sakramentów i być tym, który odczuwa lęk. Można, podobnie jak Piotr w Ogrojcu, być blisko Jezusa, a w momencie ataku paniki zaatakować kogoś mieczem i go ranić.

Nie jesteśmy pozbawieni ludzkich odruchów, uczuć i emocji. Jezus i wiara nie kastruje naszych emocji. Ba! Dzisiejsza perykopa pokazuje, że bardzo często Jezus jest włączany przez naszą psychikę do naszych lęków. Oni patrzyli na Jezusa, a myśleli, że widzą zjawę.

Co z tym zrobić? Wydaje się, że pierwsze czytanie daje genialną odpowiedź: w miłości nie ma lęku. I bynajmniej nie chodzi o powiedzenie: jak kochasz, to nie możesz się bać! Powiedziałbym, że raczej miłość jest lekarstwem na lęk. Ona, jako moja decyzja, że chcę kochać, czyli szukać dobra w drugim, w sobie, w swoim życiu, a więc dobrowolne przyjęcie tego wszystkiego, co moim życiem jest, sprawia, że człowiek wychodzi z lęku. I nie musi już atakować, bronić siebie, swoich racji. Po prostu wie, że lęk się pojawia, jako naturalny odruch, ale nie musi być motorem działania, ale przestrzenią do uruchamiania – ciągle na nowo – miłości.