Zaznacz stronę

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że propagujemy w Kościele kult wzorca, nie świętości, ale właśnie wzorca, ideału.

Kiedyś rozumiałem świętość jako dążenie do ideału. Był nim człowiek, który ciągle się udoskonala, ciągle jest w walce, ciągle jest kimś, kto „goni zajączka”. Przez ponad dwadzieścia lat świadomej pracy nad sobą widzę, że niewiele ruszyłem do przodu. Mój charakter niewiele się zmienił, moje słabości wciąż są takie same, poza krótkimi okresami, w których pozwalałem sobie na jakieś szczególne wybryki, cały czas jestem przeciętnym grzesznikiem. Moja modlitwa napotyka na te same problemy, co przed laty, w taki sam sposób przezywam trudności i kryzysy, ciągle mam zmienne nastroje. Jedyne co się zmienia to ilość zmarszczek i przyrost tkanki tłuszczowej. Nie ma żadnego ideału.

Odkryłem, że świętość to całkiem coś innego. To wpatrywanie się w Jezusa, „który mi w wierze przewodzi”. Wpatrywanie się w Niego, taki jaki jestem. Szukanie Go w swoim życiu, takim jakie ono jest, a nie jakie chciałbym mieć. Kiedy czytam Ewangelię każdego dnia, to nie znajduję w niej nic o ideale mężczyzny, kobiety czy ogólnie – człowieka, o wzorze, który mam naśladować, ale znajduję tam mnóstwo słów o tym, że Bóg przychodzi do człowieka, takiego jakim ten człowiek w danej chwili jest. A zmiana, którą Bóg proponuje dotyczy miłości, mówi: więcej kochaj siebie, drugiego i Boga. Można być kobietą, mężczyzną, po prostu człowiekiem, który nie do końca jest siebie pewny, nie jest ideałem, ale kocha, czyli przekracza swoje ograniczenia, by dawać siebie: swój czas, robotę innym.

Słuchałem wielu konferencji męskości i coraz częściej mam wrażenie, że mówimy słowo, z którego wylewa się wiadrami testosteron, mówimy z zaciśniętymi dłońmi, wyśmiewamy to wszystko, co nie mieści się w naszym wzorcu. Wyśmiewamy i zarazem cynicznie mówimy: stań się jak mój wzorzec, inaczej nie będziesz szczęśliwy, a nawet może nie osiągniesz zbawienia. Wiele w naszym mówieniu o męskości jest lęku, że sami nie dorastamy do wzorca, który promujemy i później stajemy się agresywni w mówieniu. Wiem, co piszę, bo sam tak miałem.

Tak, napisałem Męskie serce, współ-zakładałem portal BANITA, bardzo ukształtowali mnie tacy autorzy jak R. Rohr i J. Eldregde. Zakochałem się w rycerzu – Ignacym, lubię św. Józefa, podziwiam odwagę w słabości Jerzego Popiełuszki, ale z perspektywy lat i doświadczenia widzę, że nie chodzi o kult wzorca, a wykorzystanie swojej słabości do spotkania Jezusa. Boję się chrześcijaństwa, które wyklucza tych, którzy do wzorca idealnego mężczyzny nie pasują, boję się chrześcijaństwa, które mówi o męskości z zaciśniętą dłonią.

Może nie pasuję (na pewno nie pasuję) do wzorca męskości, ale wiem, że to nie pomniejsza mojej wartości w moich oczach i oczach Tego, który mnie umiłował, a nie trenował. Nie jestem i nie będę idealnym mężczyzną.