Zaznacz stronę
Mówią, że jest w Polsce kryzys powołań. Mówią tak, bo jest ich mniej.
Uważam, że robimy potworny błąd, kiedy, de facto, bierzemy pod uwagę tylko liczby, odnosząc się do czasów, w których wstępujących było dużo, wyciągając – często – głupie wnioski, że kiedyś ludzie byli pobożniejsi, bardziej poukładani, a rodziny bardziej katolickie. Teraz oczywiście zły świat sprawia, że młodzi ludzie nie chcą wstępować do seminariów i zakonów. Warto, patrząc z sentymentem na stare czasy, zobaczyć, że były takie okresy, kiedy jesienią do zakonów wstępowało po kilkadziesiąt osób, by na wiosnę z niego wystąpić. 
Zastanawiam się dlaczego mniejszą ilość wstępujących nazywamy kryzysem? Czy dlatego, że tracimy komfort posiadania dużych kadr? Czy dlatego, że w diecezjach, w których do tej pory było mnóstwo księży, ich liczna spada?
Jestem przekonany, że w Polsce nie ma kryzysu powołań, ciągle za to jest obecne myślenie: „moje i mojsze”. Są diecezje, gdzie proboszczem zostaje się już w bardzo poważnym wieku, a tymczasem w innych łączy się parafie, bo księży jest za mało. Brakuje nam myślenia katolickiego – powszechnego. Ja nie potrafię zrozumieć tego, że nie można księży z tarnowskiej wysłać na północ. Nie na zasadzie kary lub „idziesz tam, bo tu nas za dużo”, ale zwykłego chrześcijańskiego dzielenia się powołaniami.
Inna kwestia. Może czas już zacząć poważnie myśleć o tym, by księża naprawdę zajęli się swoją robotą, a nie wszystkim, co popadnie. Ba! My sami – księżą często narzekając, że musimy robić wiele rzeczy, dobrze się w tym czujemy, bo możemy się schować za tymi różnościami przed konkretnym człowiekiem. Jestem przekonany, że wielokrotnie wolimy budować niż rozmawiać, bo mury widać, a z rozmowy często niewiele wynika, albo idąc jeszcze głębiej – często chowamy za naszym aktywizmem – niewiarę. Nie wierzymy w to, że Bóg realnie przez nas działa, więc aby ukryć ból z tego płynący, wchodzimy w pozory zmęczenia i aktywności. Łatwiej stanąć przed lustrem i poiwedzieć: dziś pomalowałem ściany, obrobiłem pole niż mieć czas na rozmowę z kolejnym „wariatem”, który czegoś chce, a ja ledwo wierzę w Boga. 
Wiem, że problemem jest oddawać odpowiedzialność w parafiach – świeckim. Już po roku bycia proboszczem widzę, że to, co teoretycznie wydawało się proste, w praktyce takim nie jest, ciągle jedna i druga strona nie jest gotowa na to, by wziąć i pozbyć się finansów, zarządzania wieloma sprawami. Ale skoro tak jest, to może czas przestać udawać, że jest super? Nauczyliśmy się ukrywać, że nie idzie nam myślenie wspólnotowe w parafiach, albo jeśli księża już o tym mówią, to często w formie wyrzutu. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać szczerze. Boimy się siebie, zbudowaliśmy mur, którego symbolem jest „duchowny stan”.
Myślę, że ilość powołań będzie spadać dopóki nie nauczymy się szanować tych, które już mamy. Ciągle wikarych traktuje się (w niektórych miejscach) jako zło konieczne, albo jako kogoś, kto dopiero dorasta do bycia księdzem. Kiedy ich rówieśnicy są odpowiedzialni za rodziny, firmy, zespoły ludzi, oni ciągle są w nieustannych przeprowadzkach, z powtarzanym im jak mantra: „uważaj, ode mnie dużo zależy”. 
Kryzys mamy, to fakt, ale nie powołań. Mamy kryzys chrześcijaństwa, ba, często zwykłego człowieczeństwa. Świetnie to było można zobaczyć na bardzo pozytywny przykładzie, kiedy w zeszłym tygodniu w mediach pojawiła się informacja o tym, że abp Ryś pojechał z swoimi diakonami w góry. Sensacją jest, że biskup jedzie ze swoimi księżmi w góry…
Obyśmy odczytywali znaki.