Zaznacz stronę

„Człowieka się łatwo z Kościoła wyrzuca, zaprosić go z powrotem jest bardzo trudno”. bp Grzegorz Ryś

Mam wiele błędów na sumieniu w tej sprawie. Zdarzało mi się: osądzać, wydawać oceny, czuć się lepszym (ale i gorszym). Nie zawsze chodziło mi o dobro. Zdarzało się, że chodziło o zwykłą ludzką, męską satysfakcję. Czasem byłem obserwatorem, czasem wręcz „zmuszany” do patrzenia na sprawę, a czasem prowokowałem innych do obserwowania. Były momenty kiedy byłem zły na swój Kościół, na Zgromadzenie Misjonarzy czy na ludzi, którzy to wszystko podkręcają. Za to, co zrobiłem złego w tej sprawie – przepraszam.

Jednak wczoraj wyszło oświadczenie. Tekst, którego domagali się ludzie Kościoła, dziennikarze, internauci i szukający po prostu sensacji. Tak, można czepiać się znaczenia słów, czasu reakcji – wielu rzeczy. Niektórzy wylewają krokodyle łzy, że „tylko tyle”. Zakon, Kościół – to nie aparat państwowy, nie można przykładać tych samych mechanizmów do tych dwóch rzeczywistości. Kościół i zakon są po to, by człowieka doprowadzać do nawrócenia (czyli zmiany myślenia, z którego rodzą się decyzje i działanie), a nie są od doprowadzania na „szafot”. Tak, w Kościele i zakonie są przewidziane kary, ale one są zawsze ostatecznością. Zresztą w każdym systemie ukaranie jest obustronną porażką.

Dziś, kiedy czytam komentarze do wydanego oświadczenia Wizytatora (odpowiednik prowincjała), widzę, że wielu ludziom nie chodzi o dobro, o dobro Jacka, ale po prostu o kolejną publiczną egzekucję, o krew. Dziś jest Jacek, jutro mogę być ja czy jakiś polityk, a pojutrze gwiazdeczka filmowa. Przy takich sprawach warto cały czas badać swoje własne sumienie, nie wychodzić z założenia, że ja jestem OK, a problem jest tylko w tym człowieku. Działają w nas różne motywacje i intencje i zawsze, kiedy są one podszyte żądzą sensacji trzeba się wycofać. Łatwo w takim momencie dorabiać ideologię. Wielu komentujących pisze wylewnie na temat wizerunku Kościoła, można mieć wrażenie, że wielu dziś bardzo troszczy się o Kościół. Na co dzień w ogóle ich to nie interesuje, ale dziś są ‚zatroskani’. Wielu też znalazło łatwe usprawiedliwienie na to, by nie skonfrontować się z swoim myśleniem na temat swoich problemów w Kościele, ale po prostu znalazło wygodnego ‚kozła ofiarnego’, na którego zwala swój konflikt wewnętrzny mówiąc: „jeśli tak się sprawy mają to ja odchodzę (lub: dobrze, że odszedłem).

Serio, w tej sprawie, jak w wielu innych nie chodzi o to, że kogoś ukarzemy (zetniemy mu głowę), ale jak dobrze to zło, które się stało przemienić w dobro. Za tym wszystkim kryją się całe rzesze młodych ludzi, którym trzeba coś zaproponować, nie tylko odciąć głowę mistrzowi. Po ścięciu głowy pojawi się krew, trochę adrenaliny w krzyczących (z każdej strony) i… nic się nie zmieni. Parę tygodni temu rozmawiałem z człowiekiem, który kiedyś był bardzo wysoko w hierachii Młodzieży Wszechpolskiej. Mówił mi o tym, co potwierdzało moją obserwację, że w organizacjach tego typu jest mnóstwo młodych ludzi, których nikt rozsądnie nie zagospodarował. Jest tam wielu ludzi, którzy mają wartości, dobre pragnienia i potrzebę przynależności do grupy, nie spotkali ludzi, którzy nauczyliby ich jak wybierać, często się gubią. Nie możemy widzieć tylko ‚masy ludzkiej’, która coś krzyczy, ale w końcu zobaczyć ludzi, którym trzeba pokazać jak żyć twórczo. Wykorzystać ten zapał młodych do budowania również dobra Ojczyzny.

Mamy szukać dobra, a nie kolejnych ringów, na których ktoś straci życie.

bonus: