Zaznacz stronę


To jest Ewangelia [KLIK] o przetrąconym kręgosłupie. Bo wszystko miało być inaczej. Jezus miał być Mesjaszem, wyzwolić uciemiężony naród, swoim ludziom rozdać stołki i wszystkich, swoim działaniem uszczęśliwić. Miał wyznaczyć jasne szlaki, których Izrael miał przestrzegać, a kto by się im nie podporządkował – na tego można by zrzucić grom z nieba. Miał uzdrawiać i karmić ludzi za darmo, co miało przysporzyć Jemu – i nie oszukujmy się – Jego uczniom także: chwały i splendoru. Miał być kimś, kogo można by wpisać na narodowe sztandary armii, która miała zwyciężyć wroga. Na pewno, to nie miało skończyć się, aż tak potwornie, tak tragicznie.

My też chodzimy za Panem i też mamy swoje marzenia i plany. Przecież często tak dobre. By się ożenić czy wyjść za mąż, zostać dobrym lekarzem, architektem, politykiem czy księdzem. Marzymy o tym by być dobrym człowiekiem, który będzie użytecznym dla innych. Chcemy osiągnąć sukces, bo przecież odczytujemy, że Bóg stworzył nam właśnie takie serce: wyrywające się do rzeczy i spraw wielkich. Wchodzimy w myślenie, że tylko wtedy, kiedy osiągniemy sukces, wtedy będziemy żyli naprawdę. I do tego wszystkiego jeszcze wciągamy Boga. On ma nam to wszystko potwierdzić i pobłogosławić, bo my wiemy lepiej Panie Jezu.

I nagle Apostołom wszystko się rozsypuje, tak jak to bywa często w naszym życiu. Choroba, utrata pracy, niezdany egzamin czy załamanie nerwowe. To, co miało być źródłem mocy; Ten, Który miał, im i nam, to wszystko potwierdzić nagle ginie. Zostaje brutalnie zgładzony. Bezdyskusyjnie cała nasza wizja, albo jej część rozsypuje się, przestaje mieć sens i źródło siły. Nie ma nic.

Śmierć Jezusa przerwała wszystko. I nie tylko przerwała, ale ich także upokorzyła. To byli przecież dorośli faceci, którzy zostali nagle pozbawieni perspektyw. Człowiek traci grunt pod nogami, wszystko wydaje się być pozbawione sensu, co więcej wydaje się, że i Jego nie ma. Bo przecież umarł, odszedł, nie jest mi już tak bliski, jak kiedyś.
Wtedy podejmują decyzję o powrocie do Emaus. Nie tyle rozpoczęcia na nowo, ale powrotu do tego, co było przed przygodą, przed tym, kiedy odważyli się na radykalne kroki pójścia za Nim. Wracają przegrani. Poddani. Z myślą, że jakoś sobie życie ułożą, może trochę chcący zapomnieć o tym, co było.

Mają przetrącony kręgosłup. I jaka to Dobra Nowina?

Jaka ona jest i na czym polega, można się przekonać tylko pod jednym warunkiem. Przyznając się do swojego przetrąconego kręgosłupa. Trzeba go nazwać. Dopiero teraz Jezus może z nich zrobić swoich prawdziwych uczniów. Teraz, kiedy kompletnie rozpadły się ich plany, by zrobić miejsca temu, co jest lepsze, bo Boże.
Jak to robi? Jak prostuje im kręgosłupy? Nie czaruje, nie pociesza. Robi coś bardzo praktycznego. Odnosi się do ich historii, pamięci i każe myśleć. Nie daje gotowców, ale przypominając im konkretne wydarzenia, pokazuje, że Bóg był i co najważniejsze jest z nimi.

To jest najlepszy sposób. Włączyć swoją pamięć i zadać sobie trud poszukania w swojej historii, śladów Jego obecności. Kiedy się je znajduje, to, co wydaje się być za ciężkie, bezsensowne zaczyna układać się w logiczną całość, naszej osobistej Przygody.

Oni, Go odnajdują w swoim życiu, albo raczej On, ich odnajduje w ich życiu. Zakończenie ich historii jest takie, że podjęli decyzję i byli w niej konsekwentni. Decyzję o powrocie do tego, z czego uciekli. To jest konieczny krok, żeby prostowanie kręgosłupa się powiodło. Bez tego kroku, spotkanie z Jezusem byłoby tylko tanim pocieszaniem, może nawet rzewnymi łzami, ale nie prawdziwym życiem.