Zaznacz stronę

Wczoraj przybyło mi ponad tysiąc nowych followersów na Twitterze. Normalnie, każdy użytkownik tego medium powinien się ucieszyć. Mnie to jednak bardziej zasmuciło, niż ucieszyło.

Stało się tak po dwóch krótkich twittach, które przytaczam poniżej:

Zasmuciło mnie to, bo jestem świadomy tego, że są ludzie którzy myślą podobnie do mnie, a ja podobnie do nich. Mamy wspólne spojrzenie na świat i wiarę. Jednak chrześcijaństwo uczy mnie tego, że nie na tym ma polegać budowanie Królestwa Bożego. Ono jest dla wszystkich ludzi, nie tylko dla tych, co myślą podobnie do mnie.

Nie oszukujmy się, dziś w Kościele (a zapewne od zawsze) jest tak, że Ewangelia i Eucharystia są wykorzystywane przez różne osoby do potwierdzenia swoich poglądów. Popatrzmy na nasze – Polskie podwórko – w jednym tygodniu mieliśmy dwie Eucharystie, które ostatecznie podzieliły ludzi, a nie połączyły, a przecież Eucharystia to komunia (wspólnota, zjednoczenie). Jedna była w intencji Hanny Gronkiewicz – Waltz, druga w intencji Radia Maryja. W każdej z nich uczestniczyły osoby myślące inaczej, w swoim gronie, w otoczeniu księży i biskupów, którzy również myślą podobnie. Każda z nich była określona przez przeciwników jako nadużycie i hipokryzja. Spokojnie moglibyśmy przyjąć argumenty zwolenników i przeciwników za prawdziwe i w końcu i tak do niczego nie dojdziemy… Każdy dalej będzie twierdził, że to on mówi prawdę i tę prawdę posiada.

Ktoś mógłby dojść do wniosku, że Kościół (i Eucharystia) świetnie sobie radzi z funkcją dzielenia i wykluczania. Oczywiście jesteśmy (każda ze stron) mistrzami manipulacji Ewangelii, polegającej na stwierdzeniu, że bronimy, wspomnianej już, prawdy, wartości i samego Boga. Robimy to tak zawzięcie, że nie orientujemy się na czas, że podział nie dotyczy już świata polityki, ale wchodzi głęboko w nasze rodziny, wspólnoty zakonne, Kościół, a nawet w Eucharystię. Przyzwyczailiśmy się (w Kościele) do mówienia o podziale wyznań, zapominając, że podziałów jest o wiele więcej i co gorsza one również mogą prowadzić do grzechu najcięższego – zabicia drugiego.

Może powinniśmy – jako Kościół – dojrzeć do tego, że Eucharystia nie powinna być sposobem przeżywania wielu uroczystości, nie powinna być przysłowiowym kwiatkiem na płaszczu, dodatkiem do wydarzeń. Może powinniśmy powiedzieć sobie uczciwie, że wszyscy nie dorośliśmy do Eucharystii, skoro tak łatwo przychodzi nam ją wykorzystywać do różnych interesów. Może trzeba przestać się bać imprez bez Eucharystii, po prostu się spotkać, wypić lampkę szampana, poopowiadać sobie miłe historie i się rozejść. Uczestniczyć w niej, w zaciszu naszych parafii, przed (prosząc Boga o pokorę dla siebie) lub po (dziękując Mu za umiejętność słuchania drugiego). Może czas wrócić do wieczernika – skromnego spotkania Mistrza z uczniami, a przestać robić z niej Bizancjum, które stawia człowieka na podium? Może, choć w tym jednym, moglibyśmy się zjednoczyć: w pokorze do Eucharystii, że do niej nie dorastamy, i że albo my będziemy przez nią wykorzystywani, by siebie dawać innym, albo lepiej z niej zrezygnować, skoro innym grzesznikom tak często zabraniamy dostępu do niej.

Musimy się w końcu przyznać, że w Kościele nie chodzi o popularność, że w Kościele nie może nas cieszyć nagły przypływ followersów, czyli w większości zwolenników naszego myślenia. Zawsze znajdziemy sobie ludzi, którzy myślą podobnie jak my. A dokładnie ludzie, którzy są podobnie jak ja, zamknięci na innych. Tak, mam świadomość, że to droga, która jest skazana na porażkę, jednak czy takiej drogi nie wybrał Mistrz, którego, w końcu, wszyscy chcemy – w Kościele – naśladować.

Wiecie kiedy czuję się najbardziej prawdziwy? Każdego poranka, kiedy schodzę do mojej kaplicy, siadam w ciemnościach przed Panem Jezusem i nie przeżywam mistycznego uniesienia, ale zderzam się z swoim lękiem i codziennym krzykiem, że sobie nie radzę ze swoim życiem, ze samym sobą, że potrzebuję Zbawiciela. Codziennie dochodzę do tego samego wniosku: to ja mam być followersem, a nie ich szukać.