Zaznacz stronę

Przez kilka lat uczyłem w gimnazjum i byłem odpowiedzialnym za przygotowania młodych do bierzmowania. W pierwszym roku poszedłem z młodymi „na noże”. Kompletnie nie wiedziałem, jak to robić. Wprowadziłem dzienniczki, podpisy, obowiązki, wywaliłem kilkanaście osób z procesu przygotowania, bo nie spełniały kryteriów. Spotkania i Msze Święte dla nich były udręką dla nas wszystkich. Już na początku, młodzi wyczuli, że jestem w tym pogubiony, nie umiem tego robić i się ich boję. 

Po skończonym roku pracy, wiedziałem, że albo ja się zmienię i zmienię w konsekwencji moje podejście do nich oraz sposób działania, albo wykończę siebie i zaprzeczę wszystkiemu, co głoszę. 

Od kolejnego roku nie było dzienniczków. Uważałem, że praktykowanie wiary jest sprawą ich sumienia, nie mojej księgowości. Podzieliłem młodych na mniejsze grupy, zaprosiłem świeckich do współpracy, z każdym kandydatem rozmawiałem osobiście. Nie było łatwo, ale było inaczej. Nie byliśmy dla siebie zagrożeniem. Zacząłem skupiać się na nich i na tym, że kilkunastoletni młodzi ludzie nie wiedzą do końca, dlaczego chcą być bierzmowani. Nie wiedzą, bo świat wiary, bardzo często był abstrakcją w zderzeniu z ich codziennością w szkole i w rodzinie. Zobaczyłem, że na przysłowiowych palcach jednej ręki mogę policzyć młodych z rodzin, w których praktykuje się wiarę, jest obecnych dwoje rodziców. Doszło też mocno do mojej świadomości, że ich bunt przeciwko Kościołowi i wierze jest bardzo mocno powiązany z buntem, który przeżywają jako młodzi ludzie. Że to jest bunt, który jest wpisany w nasze dojrzewanie i nie jest to coś złego. 

W tym i następnym roku wielu nie przystąpiło do bierzmowania, ale nie były to już moje, ale ich decyzje. Rozmawialiśmy, patrzyliśmy na ich motywacje, na ich praktykowanie wiary i kryzysy i niektórzy dochodzili do wniosku, że dla nich samych byłoby to hipokryzją. Odsuwali przyjęcie sakramentu na inny czas.

Bardzo szybko dotarło do mnie, że bierzmowanie nie jest, wbrew temu, co mówi wielu duszpasterzy, sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej. To jest sakrament, który obok chrztu i Eucharystii, jest sakramentem inicjacji chrześcijsńskiej, a szczytem tejże jest Eucharystia. 

Niestety na wielu kazaniach podczas bierzmowania słyszałem, jak wręcz szantażuje się młodych, że odtąd mają być dojrzali, gotowi do poświęcenia za wiarę, idealizuje się przed nimi drogę, którą zaczynają. Tymczasem sakramenty zawsze są pomocą w wędrówce do Boga, a nigdy nie są odznaką za dobre życie. 

Wielu księży, w przestrzeni internetowej, poparło działanie księdza z Ropicy Polskiej [KLIK], który wprowadził obowiązkowe oświadczenia (dla trzech osób) jako warunek „dopuszczenia” ich do sakramentu bierzmowania. Ja się z tym działaniem nie zgadzam. Dlaczego?

Po pierwsze jak już powiedziałem bierzmowanie ma być umocnieniem na drodze wiary, a nie znakiem dojrzałości. W ogóle pojawia się tutaj pytanie jak ową dojrzałość zmierzyć i kto ją mam prawo oceniać? Po drugie uważam, że takie oświadczenia są tylko dla uspokojenia sumienia tych, którzy ich żądają, a nie dla procesu wzrastania młodych ludzi. Podpisałeś, ja mogę się do tego odwołać i z czystym sumieniem zostawić cię lub wywalić. Jednak prawdziwe życie dzieje się pośrodku

Nie mam wielkiego doświadczenia rozmów z ludźmi, którzy popierali Strajk Kobiet, ale z kilkunastu rozmów z jego uczestnikami wyłania się obraz bardzo niejednolity. Ani jedna z tych osób nie jest zwolennikiem aborcji na życzenie. Wiele z nich wzięło w nim udział ze względów politycznych (a to nie jest argument za tym, by kogoś wywalać ze wspólnoty Kościoła), z chęci wyrażenia swojego sprzeciwu wobec działań rządzących (każdy ma do tego prawo), lub zamanifestowania tego, że mają przekonanie, iż ludzie w naszym społeczeństwie są dyskryminowani. Dlatego uważam, że poparcie przez kandydatów do bierzmowania Strajku Kobiet jest świetną okazją do tego, by z młodymi ludźmi rozmawiać o tym jak czują się w społeczeństwie, o ich buncie, poglądach i bardzo częstym zagubieniu w świecie dorosłych. 

Wczoraj obchodziliśmy w Kościele Święto Nawrócenia św. Pawła. Kiedy Paweł spotkał Pana Jezusa w drodze do Damaszku, został przyprowadzony do wspólnoty uczniów Pana i Ananiasza. Ananiasz, w pierwszym momencie zachował się jak wielu naszych duszpasterzy: on (Szaweł) jest złym człowiekiem, prześladuje naszych, trzeba się go pozbyć. Dopiero interwencja Pana sprawiła, że Ananiasz wbrew swoim odczuciom, nie daje Pawłowi lojalki do podpisania, ale zaczyna z nim rozmawiać i wprowadzać go w chrześcijaństwo. 

Wiem jak trudna jest praca z młodymi, jak wiele trzeba mieć mądrości, by tych, którzy nie są z katolickich rodzin, tych, fajnych – naszych rodzin, prowadzić do Jezusa. Jednak my, w Kościele jesteśmy po to by Jezusa pokazać, a nie zakazać tym, którzy nas wkurzają swoimi poglądami, albo jak Ananiasz – boimy się ich po prostu.