Zaznacz stronę

SŁOWO

Czy słowa Jezusa o końcu czasów mają coś wspólnego z tekstem Pawła: kto nie chce pracować, niech też i nie je?

My chrześcijanie nie ma zajmować się dumaniem o tym, kiedy i jak będzie wyglądało to, co nazywamy końcem świata. Gdyby dobrze wczytać się w Ewangelię to okazałoby się, że każdy dzień jest dniem ostatecznym. Dniem, który należy przeżyć z całą starannością i uważnością. Od pierwszych sekund świadomości po przebudzeniu, aż do ostatniego świadomego oddechu wieczorem. W każdej najbardziej banalnej sytuacji dnia. To jest wezwanie do uważnego życia. Do zauważania ludzi, tego, co i jak mówią, jak się czują. 

Gdy pojawiają się w naszym życiu ludzie i opowiadają, że wszystko, co się dzieje w naszych czasach jest okrutne i trudne, że nigdy tak źle nie było, że to już musi być koniec, warto wtedy wracać do jednego zdania Jezusa: nie chodźcie za nimi. Można by dopowiedzieć: dajcie spokój, nie zajmujcie się niepotrzebną sensacją, sprawami, które były, są i będą. Mówiąc jeszcze inaczej: miejcie dystans, do tego, co się dzieje, do tego, co przeżywacie, do tego, w co wciągają was inni ludzie

Ten dystans jest szalenie ważny. Widać to w skali makro – kiedy wystarczy popatrzeć na poważnych panów po pięćdziesiątce, tzw. polityków, i zobaczyć jak jedno czy drugie głupie słowo urasta do mega słowa. Widać to w skali mikro – naszych rodzin, nas samych. Jak często jeden gest, słowo, wypowiedziane lub pominięte, sprowadza na naszą rodzinę istny koniec świata. Jak jedno słowo czy gest wypowiedziane w nie tym czasie, co trzeba, do przyjaciela, zmienia diametralnie naszą relację. 

Nie idźcie za nimiTo najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Złe słowo, złe czyny, złe myśli, nie są końcem. To jest etap, do przeżycia, do zrozumienia, do przebaczenia, ale tylko etap. 

Dzisiejsze czytania kierują nas także ku prześladowaniom za wiarę. Warto o nich wspominać, by uświadomić sobie, że ta droga jest drogą stąpania po linie, gdzie trzeba ciągle świadomości, uwagi i konsekwencji w tym, co w naszym życiu się dzieje, w co się angażujemy, a co zlewamy. Również, dlatego, by mieć poczucie radykalizmu, który musi się przekłuwać na nasze wybory. Czasem bardzo nas kosztujące. 

I jeszcze z jednego powodu. Może najważniejszego. Jesteśmy szczęściarzami. Szczęściarzami, że tak się złożyło, że możemy iść tą Drogą. Poczuć się wyróżnionym, że to ja, z taką, a nie inną przeszłością i teraźniejszością, mogę iść za Panem, mogę z Nim przeżywać wszystko, co w moim życiu się dzieje. 

Być może, ktoś odkryje, że daleko mu do radykalizmu. OK. To nie jest koniec świata. Za tym odkryciem nie idzie żadne srogie spojrzenie Boga. Niech za tym odkryciem idzie zaproszenie nas do dialogu. Najpierw ze sobą, ze swoimi pragnieniami, ze swoim, tak często mordowanym sercem, a później z Bogiem. 

Mamy stawać w prawdzie o sobie, nie by oceniać, ale by chcieć więcej, bardziej w prawdzie.

I ostatnia sprawa. Nie bójcie się! Włos z głowy wam nie spadnie. Nie pozwolić sobie na to, by dać się zastraszyć temu, co nas straszy. Naprawdę nic się nam nie stanie. Wszystkie te sytuacje, które nas przerastają, nie są po to, by nas pognębić, ale są wyzwaniem, by dać świadectwo, by przez nie spróbować pokazać, że Bóg jest, kimś, Kogo warto się trzymać, bo z Nim przeżywana rzeczywistość nie jest łatwiejsza, ale prawdziwsza.