Zaznacz stronę

Wczoraj cieszyliśmy się z chwały wszystkich, którzy osiągnęli swój cel – Wieczną Przygodę. Dziś wspominamy tych, którzy odeszli, ale jeszcze „idą”, jeszcze potrzebują naszej pomocy. A więc to dzień pomocy. Kiedy komuś się pomaga, to ufa się, że ta pomoc przyniesie pozytywny skutek. Inaczej byśmy się za nią nie zabierali. Tą realną pomocą (jak wierzymy) jest nasza, za nich, modlitwa. To jest zasadnicza różnica między chrześcijanami a niewierzącymi. My się modlimy za nich, robimy coś dla nich, niewierzący może co najwyżej powspominać, czyli tak naprawdę sobie pomóc. Zaspokoić tylko swoje tęsknoty, my wychodzimy poza nasz ból i brak.

W czasie studiów teologicznych mieszkałem w jednym domu z o. Wacławem Oszajcą, który na zajęciach z homiletyki, ale i poza nimi, zachęcał, by nie używać takich zwrotów jak: „miejsce wiecznego odpoczynku, ostatnie pożegnanie, odejście, módlmy się za duszę zmarłego…”. Dlaczego? Nauczono nas w dzieciństwie, że człowiek to istota, która składa się z ciała i duszy. Po śmierci dusza oddziela się od nędznego ciała i idzie do Nieba. Ciało nadaje się tylko do włożenia do ziemi. I oczywiście jest w tym jakaś prawda. Jednak wydaje się, że to prawda bardzo uproszczona, jedna z filozoficznych koncepcji, która jest logiczna. Jednak, czy to cała prawda? Przecież kiedy wspominamy zmarłych i jak choćby wczoraj – świętych, to nie mówimy o duszach, mówimy: „Jan, Zbyszek, Ania”. Mówimy o nich jako o osobach. Kiedy mówimy: „ostatnie pożegnanie”, to tak, jakbyśmy wiarę tracili. To tak, jakbyśmy już mieli się nie spotkać, a przecież wierzymy, że jest inaczej. Wiarę w to, że się już nie spotkamy, a przecież wierzymy, że jest inaczej. Mówimy: „miejsce wiecznego odpoczynku”, Wacek mówił: „ja wam serdecznie dziękuję za takie miejsce wiecznego odpoczynku”. Przecież naszym celem jest Bóg i z Nim przebywanie, a nie kwatera dwa metry pod ziemią. Mówimy o „odejściu”, ale gdzie? Przecież Bóg jest tu i teraz z nami, tak przecież wierzymy. Ktoś powie, że znów się czepiam słówek. Tak. Zauważmy, że w naszym chrześcijaństwie ukuliśmy trochę różnych zwrotów, które jakoś wypełniają nam przestrzeń, ale jakby były w sumie zaprzeczeniem naszej wiary. Warto nad tym podumać, co mówimy, kiedy właśnie wypowiadamy jakieś słowa i zwroty. Poprzez stare, utarte zwroty, zachowania jakoś kostniejemy w naszym wierzeniu w Boga.

Śmierć jest dość prosta w opisie medycznym i naukowym, jest po prostu ustaniem czynności życiowych. Wcześniej końcem człowieka było ustanie oddechu i bicia serca, dziś uznajemy, że to moment śmierci mózgu jest końcem. I na tym poziomie jakoś sobie ze śmiercią radzimy. I tylko na tym. Bo z jednej strony mamy wielkie pragnienie w sercu, by przygoda „życie nigdy się nie skończyła, a z drugiej stajemy przed martwym ciałem, które jeszcze przed chwilą było kimś nam bliskim i czujemy niemoc. Żadnego pocieszenia, żadnego zrozumienia, logicznego wytłumaczenia. Poza tym jedynym, które widzimy dziś w Ewangelii. Jezusa też to spotkało. Też przez to przeszedł. Maryję też to spotkało – dostała na kolana martwe Ciało swojego Dziecka.

Ilekroć prowadzę pogrzeb na cmentarzu, to zawsze czuje się jak intruz. Jakbym był obcym, który pojawił się na nie swojej imprezie, podczas której ma zabrać głos. Pada wtedy wiele słów, od tych, które są w formularzu, poprzez homilię. I człowiek wie, że mało z nich jest słuchanych, że większość trafia obok. Dlatego, że to jest czas na bycie, nie na mówienie. Jak pod krzyżem. Maryja i inne osoby są, nie mówią. Jak Hiob z pierwszego czytania. Może już tylko na końcu być.

Jednak trzeba nam usłyszeć, może po jakimś czasie, i ostatnie słowo, które brzmi: „nie ma Go tu, zmartwychwstał”. A to znaczy, że nie ma żadnego „wiecznego spoczynku”, tylko jest „wieczny ruch”, jest wieczne bycie z Nim, jest wieczne spełnianie czegoś, co dziś znamy pod imieniem Tęsknota. Żaden koniec.

SŁOWO