Zaznacz stronę

Myślę, że każdy z Was, kto jest kierowcą, ma doświadczenie wpadnięcia w koleiny na drodze. To dość nieprzyjemny moment – ułamek sekundy, w którym z samochodem dzieje się coś dziwnego. Później, kiedy już nimi jedziesz myślisz o jednym – żeby z nich się wydostać, bo czujesz, że nie jest to bezpieczna i komfortowa jazda. A jednak odczuwa się jakiś podświadomy lęk przed krokiem wyskoczenia z kolein. I tak ze strachu jedzie się jeszcze spory kawałek. Koleiny nie są dobrą drogą. Choć tworzą się na zwykłych drogach to jednak są na nich swoistym pasożytem.

Od jakiegoś czasu, już chyba nikt nie wie od jakiego, w Polsce operuje się dwoma pojęciami opisującymi Kościół. Jest Kościół otwarty i Kościół zamknięty. Są one chyba spadkobiercami po Kościele łagiewnickim i Kościele toruńskim. Przyznam, że tak – przez jakiś czas było mi po drodze identyfikować się z Kościołem otwartym, taką też łatkę dostałem. Nawet byłem z niej dumny. Jednak wiele zaczęło się we mnie łamać w zeszłym roku, symbolicznym dniem był dzień, w którym odprawiono dwie Msze święte: za ustępującego i nowego Prezydentów RP. Napisałem wtedy tekst o tym, że „Wygrał diabeł„. W tamtym czasie postanowiłem wyskoczyć z kolein.

Nie należę do żadnych z tych Kościołów. Jestem w Kościele katolickim. Rozumiem to tak, że katolicki znaczy powszechny – dla każdego. I to jest cecha ‚otwartego’. Katolicki to jednak znaczy konkretny i to jest cecha ‚zamkniętego’. Mam świadomość tego, że czasem wpadam w którąś z kolein i boję się przyznać, że do niej wpadłem, bo to będzie równało się z podjęciem ryzyka wyjazdu z koleiny, a mi słabo w życiu idzie ryzykowanie. Jednak na poziomie świadomego wyboru nie chcę w koleinie być.

To równa się temu, że co jakiś czas różnym koleinom się narażam, ba! czasem również tym, którzy stoją na poboczu i tylko się przyglądają – też. Jednak chcę wracać na główną drogę. Tam jest przestrzeń do manewrów, do refleksji, do bycia krytycznym wobec siebie i innych – w wolności, nie w koleinach (schematach) myślenia.

Jasne, że język i sposób myślenia Dostatniego, Wiśniewskiego, Hryniewicza, Rysia, Kaczkowskiego, Tischnera, Kłoczowskiego, Bonieckiego czy Halika jest mi bardzo bliski; ciesze się, że mogę z nich czerpać. Jest jednak „ale”. Nie chcę się nimi stać, nie chcę skończyć swojego poszukiwania na cytowaniu tych wielkich. Bóg dał mi rozum, a przede wszystkim swojego Ducha bym sam szukał i sam dochodził do wniosków. Bym nie szedł koleinami, ale wytaczał drogi, którymi pójdę. To, co musze robić to odnosić się do Jedynej Drogi, którą jest On sam. Czytam więc ich, ale krytycznie, raczej uczę się od nich wolności w wierze, tego, co już dawno temu zaszczepił we mnie św. Ignacy, mówiący o tylu drogach do Boga ilu jest ludzi.

Wiem, że dzisiaj nauczyliśmy się, że jeśli nie jesteś wyraźnie z którąś z grup to trzeba ci przykleić łatkę przeciwnej. Jednak ja się na to nie godzę. Nie po to wierzę w Ducha Świętego, który wieje kędy chce, żebym później wierzył w koleiny, które ktoś chcę mi narzucić.

Wiara, albo raczej wynikające z niej poglądy może prowadzić do byciu w koleinach. Trzeba mieć odwagę by z nich wyjść i zauważyć coś więcej od swojego lęku, który chce za wszelką cenę zachować tylko „mój punkt widzenia”. Idąc tą drogą muszę zgodzić się na samotność w wędrówce do Boga.

Określenia otwarty i zamknięty znaczą dla mnie to, że mam być otwarty na Ducha Bożego, a zamknięty na złego. Nigdy nie chodzi tu o ludzi. Na ludzi mogę i muszę być zawsze otwarty, bo On taki jest.