Zaznacz stronę

SŁOWO

Ile ja już oczu wydłubałem, ile zębów wybiłem w imię sprawiedliwości, wiary i czystości dogmatów? A swoje jednak ciągle mam.

W tej dzisiejszej, krótkiej perykopie jest – jak dla mnie – esencja ewangelicznego myślenia. Nie stawiajcie oporu złemu. Pewnie, że nie chodzi o to, by patrzeć bezczynnie, kiedy dzieje się zło, ale myślę, że o to, co pokazał Jezus w czasie kiedy był pojmany, sądzony, poniżany i zabity. W pewnym momencie odpuścił. Przekroczenie tej cienkiej granicy byłoby zwycięstwem złego, musiałby sam czynić zło. To nie jest poddanie się złu, ale przypomnienie sobie, że ostatnie słowo należy do Boga, nie do człowieka. Człowiek, który idzie za Jezusem, jest wezwany do logiki straty. Pozornej straty. Ostatecznie, w Bogu nie tyle nastąpi wyrównanie rachunków, według naszego „sprawiedliwego” myślenia, co każdy doświadczy miłości bezwarunkowej, nie będziemy już mieć poczucia straty.
Dając coś, tracąc coś, niczego nie tracisz. Zyskujesz.

Mówimy (my – chrześcijanie), że świat współczesny nie chce Boga, a może warto zobaczyć, że świat nie chce „Boga”, którego my mu dajemy? Dziś bardzo często wierzący katolik to ten, co potępia świat. Bóg w Ewangelii przypomina nam, że nie posłał Syna, aby świat potępił, ale by zbawił, odkupił, wybawił, dał życie po prostu.

Mamy ten świat zdobyć dla Chrystusa, nie stanąć z dystansem i krzyczeć: jesteście źli. Chrześcijanie też grzeszą, mają tylko tę łaskę, że Bóg ich przyciąga do konfesjonałów. Ci ze świata jeszcze do tego nie doszli, trzeba im pomóc. Pomoc nie polega na bezpiecznym przyklejeniu drugiemu łatki: zły. Polega na pokazaniu mu, że tak bardzo mi zależy na jego dobru, że jestem w stanie stracić siebie, tak jak Ojciec stracił swojego Syna.