Zaznacz stronę

Czytam u księdza Daniela: „Coraz bardziej pewni siebie są „antykatolicy”. Myślą, że są kreatorami „nowego ładu” w świecie, a tymczasem są jego ofiarami, pożytecznymi idiotami, którzy nie chcą widzieć, że powstająca quasi-ateistyczna religia pożre ich i wypluje”. Czytam i smutno mi znów.

Po pierwsze czuję jakby z tego wpisu miało wynikać, że chrześcijanie, a może nawet katolicy, są Panami tego świata, że ten świat należy do nich. Nie są. Są dzierżawcami. Po drugie kto to jest ten „antykatolik”? Ktoś kto nie rozumie, nie lubi, nie może ścierpieć katolika? Może więc trzeba się pytać dlaczego ludzie nas nie cierpią? Nie, nie odpowiadajmy od razu: bo Pana Jezusa głosimy. W tym wpisie nie ma Ewangelii. Nie każde przywalenie komuś, kto myśli inaczej, żyje inaczej niż ja, jest ewangelizacją. Ba! Przywalenie nigdy nie jest ewangelizacją, zawsze zostanie tylko zwykłym chamstwem.

Nigdy nie przekonamy ludzi do Ewangelii, jeśli nie ukochamy tego świata, tak jak to zrobił Bóg. Nigdzie w Ewangelii nie znalazłem takiego określenia, w którym Jezus nazwałbym swoich oponentów pożytecznymi idiotami, za to znalazłem opis faktu, że poszedł za nich na śmierć.

Czytam ten wpis w dniu, w którym Ewangelia każe nam iść do świata, czynić cuda, głosić Słowo. Owszem dopuszcza strząśnięcie prochu z nóg, kiedy nie zostaniemy przyjęci. Apostołowie mieli innym dawać dużo: uzdrowienia, cuda, Słowo, w zamian mieli otrzymać strawę. Od tych, którym nic nie dali, nie mają brać niczego, nawet – symbolicznego – prochu na butach. Czasem mam wrażenie, że od tych, którym nie dajemy Jezusa (równie dlatego, że Go nie chcą), zabieramy co się da, a przede wszystkim możliwość walenia w nich dla poczucia swojej moralnej satysfakcji i chęci zaspokojenia pragnienia bycia lepszym.

Drodzy katolicy, kochajcie ludzi „ze świata”, nie nazywajcie ich idiotami (nawet pożytecznymi), wieprzami, ateuszami itp. Po porostu ich kochajcie, to jest trudniejsze, bo łatwiej kocha się sobie podobnych. W Biblii pojawia się słowo „wypluje”, w Apokalipsie, kiedy Jezus każe być gorącym albo zimnym. Letniaków wypluwa. Tak, wiem, że usłyszę: no właśnie jestem gorący, dlatego mówię ostre słowa. Nie, nie jesteś. Masz być gorący w kochaniu. Obrażanie ludzie nie ma nic wspólnego z miłością. Jak się kogoś kocha to się wchodzi w jego świat, by tam pozyskać go dla Jezusa. Jesteś letni, bo chcesz by ateiści przychodzili do ciebie.

A skoro nas nie lubią, to warto najpierw zobaczyć, co da się zmienić w nas, by ludzkimi więzami (jak to w piątek mówiło Słowo do nas) pociągnąć ich do Boga. Nie po to dostaliśmy wiarę, by czuć się lepszym (a ten wpis to wyraźnie pokazuje), ale by tak żyć, by innych do Niego przyciągać.