Zaznacz stronę

Dziś, na zakończenie rekolekcji dla kleryków, jak każdy głoszący homilię odniosłem się do Ewangelii z dnia.

Zacząłem tak. „Żył pewien bogaty ksiądz, który ubierał się w najlepsze ciuchy i sutanny. Dzień, w dzień jadł co najmniej trzy dobre posiłki. U bram jego wygodnej plebani leżał żebrak, który śmierdział, wyglądał źle i chciał coś do jedzenia”. Potem dodałem, że wcale nie chodzi tu o bogactwo w sensie pieniędzy, choć to także, ale bogactwo „bycia kimś”, posiadania pozycji społecznej, a owa plebania czy seminarium, to nic innego jak azyl, w którym dobrze się czujemy. Azyl w sensie budynku, ale także świata, który sobie budujemy; świata ludzi podobnych do siebie, myślących jak my, mających tych samych przyjaciół i przeciwników.

Rzecz w tym, że ten obraz można przenieść na cały Kościół w Polsce, można przenieść na nas – Polaków. 

Zamykamy się coraz bardziej w swoim bogactwie (rozumianym jak wyżej) i dobrze nam idzie ta zabawa. Dobrze nam idzie leżenie na łożach tez, które nie zmieniają świata, a tym bardziej nas (nawrócenie), ale są obrona naszego sposobu na życie, skupionym tylko na swoim świecie, nie świecie śmierdzących żebraków, czyli tych wszystkich, którzy nie pasują w naszej układance, którzy zanieczyszczają nasze świeże powietrze. Dobrze nam idzie napisanie tekstu w tygodniku katolickim, że trzeba bronić Boga, i że Kościół strzelił sobie w stopę podczas soboru, kiedy przestał to robić. Na miły Bóg, co za utopia z tym bronieniem Kogoś, kto jak wierzymy jest najsilniejszy. „Bronimy” Boga, ale tak naprawdę bronimy swojego świętego spokoju. A czy tym karmieniem swojego brzucha nie jest dziś podgrzewana przez polityków różnych opcji pełzająca wojna domowa? Podgrzewanie konfliktu, który sprawia, że Polacy skaczą sobie do gardeł.

Dostajemy dziś jako znak od Boga – Łazarza. Nie cudowne środki: wizje zmarłych, nawet Pismo nie działa – jak widać z tej Ewangelii. A kim jest Łazarz? To ten, co mieszka na naszym progu. Czyli przed naszym domem, w którym czujemy się bezpiecznie i dobrze. Przed miejscem, które wydaje się, że nam się należy, bo sobie na nie zapracowaliśmy.
A kto jest przed progiem naszego domu świętego spokoju? To są wszyscy ci, którzy sprawiają – swoją obecnością – niepokój w naszym sercu.
 Żebrak na plantach czy biedak stojący przed sklepem, w którym właśnie wydaliśmy swoje pieniążki. I wielu innych, których udajemy, że nie widzimy, choćby pod naszymi kościołami, w których przed chwilą słyszeliśmy o Największej Miłości.
– Uchodźca, który próbuje przejść dalej. My zamknęliśmy granice i jesteśmy szczęśliwi, że nam nie śmierdzą te biedaki.
– Dziecko zostawione w śmietniku czy zabite, bo rozwalało święty spokój dorosłym, albo to dziecko, któremu wymierza się kary, bo dorosły wie lepiej, bo przecież to on ma tutaj zawsze ostatnie zdanie.
– Parafianin opierdzielony z wysokości ambony, bo znów ksiądz jest na coś sfrustrowany. 

Łatwiej dziś – chyba zawsze – powiedzieć o kimś (ba! powiedzieć, napisać na FB), że jest heretykiem, że zły i głupi, niż stanąć przed nim i z nim pogadać, pomodlić się, poszukać jedności. Łatwiej dziś być księdzem, który pokaże palcem heretyka na fejsie, a później uśmiechać się do swojego biskupa.

Łazarz – człowiek, który mi brzydko pachnie, źle – według mnie – wygląda, psuje mój swięty spokój – wróg, przeciwnik, który nie powinien się w ogóle znaleźć w moim bezpiecznym świecie. 

Jezus nie straszy dziś piekłem, Jezus mówi: żyjąc w ten sposób stworzysz sobie piekło już na ziemi, bo się będziesz bał wyjść poza swój bezpieczny domek. Nieskończone ilości jedzenia (naszych tez, pieniędzy, i pokarmów) sprawiają, że w pewnym momencie umieramy na niestrawność, umieramy jak nędzarze z szafami pełnymi pieniędzy.