Zaznacz stronę

Wczoraj nie powiedziałem kazania, które przygotowałem wcześniej, a które ukazało się wczoraj na stronie [KLIK]. W sobotę wieczorem, po powrocie z Częstochowy, mocno dotarło do mnie, że musze też ze słowem przeproszenia stanąć przed swoją Parafią. Byłem mocno przekonany, że napisanie tekstu, z przeprosinami [KLIK] i o tym, co ja przeżywałem [KLIK], w Internecie to za mało. Mocnym impulsem do tego, by tak zrobić, była ponowna lektura czytań niedzielnych i po raz kolejny wysłuchane kazanie bp Grzegorza [KLIK]. Siadłem i napisałem drugie kazanie, które trochę było kompilacją poprzednich tekstów, owocem tego, co się działo w moim sercu i mam nadzieję Bożego działania. Powiedziałem Braciom, że będę mówił podczas wszystkich Mszy, bo chciałem, żeby słowo: „przepraszam” dotarło do wszystkich, którzy do nas przychodzą.

Kazanie brzmiało mniej więcej tak:

Chcę Słowo, które dostaliśmy dziś, a które dużo mówi o pasterzach odczytać w kontekście mojego życia, a przez wydarzenia ostatniego tygodnia, do naszego – jako parafii.

Minęło ponad trzy miesiące od kiedy stanąłem pośród was pełen drżenia i niepewności. Wy mnie przyjęliście z wielkim zaufaniem, a ja próbuję uczyć się miłości, nie deklaracji, ale miłości do Was.

Dziś postanowiłem do Was powiedzieć, bo wiem, że wielu z Was w ostatnim tygodniu odczuło zażenowanie postawą swojego proboszcza. Oglądaliście wiadomości, czytaliście gazety, rozmawialiście w różnych miejscach, że Wasz proboszcz powiedział głupotę, że pochwaliłem samobójstwo.

Wiem, że wiele osób zrozumiało tekst, który napisałem jako pochwałę samobójstwa Piotra Szczęsnego. Nie było to moją intencją. Jestem wierzącym chrześcijaninem, katolikiem, zakonnikiem i księdzem, dla mnie sprawą oczywistą jest to, że życie ludzkie od poczęcia do śmierci jest Bożym darem, którego nikt (w żadnym momencie jego trwania) nie może przerwać. Nigdy nie twierdziłem i nie twierdzę, że samobójstwo jest czymś godnym pochwały. Rozumiem ludzi, którzy się go dopuszczają, ale nie pochwalam tego aktu.

Na początku mojego życia zakonnego, mój magister powiedział mi, po tym jak poszedłem do niego z propozycją, by mnie zrobił szefem nowicjuszy, że w zakonie nigdy, nikim nie będę. Przez wiele lat to zdanie ciążyło nade mną jak klątwa. W lipcu zostałem przełożonym i proboszczem. Dziś wiem, że mój magister miał rację – spełniły się jego słowa.

Kiedy się jest szeregowym, i do tego młodym zakonnikiem, to często wygłasza się mowy, w których łatwo przychodzi oceniać współbraci, mówić kto do zakonu się nadaje, a kogo należy natychmiast usunąć dla dobra tegoż i Kościoła. Oczywiście stosuje się taryfę ulgową dla siebie i swoich kolegów. Też tak, przez całe lata robiłem. Do lipca.

W lipcu zostałem odpowiedzialnym za siedmiu moich braci. Każdy jest inny, z różnych pochodzimy pokoleń, stron i mentalności. Każdy z naszej ósemki ma swoje mocne i słabe strony. I… żadnego z nich – dziś – nie chciałbym stracić. Doświadczam tego, że bycie przełożonym nie polega na czyszczeniu zakonu z innych, ale czyszczeniu swojego serca z oceniania.

W zakonie jest tak, że każdy przełożony ma swojego przełożonego. Nie ma ludzi bez ludzi „nad sobą”. Ten ostatni tydzień był dla mnie trudny. Zdania, które napisałem wywołały falę krytyki, oburzenia i wielu bardzo złych słów wypowiedzianych na różnych forach, ale i w prywatnych wiadomościach. W wielu gremiach pojawiły się osoby, które – jak ja kiedyś – chciały by moja głowa została ścięta, wielu ludzi czekało na taką okazję.

Zadziałali moi przełożeni (zakonni i diecezjalni) przeprowadziliśmy kilka rozmów, szukaliśmy wspólnie rozwiązań, prowadziliśmy szczery dialog, biorąc pod uwagę to, by z tego, co stało się po moim pisaniu wyciągnąć jak najwięcej dobra. Doświadczyłem czegoś niesamowitego – ludzie, którzy mogli ściąć moją głowę jednym podpisem, szukali we mnie dobra, szukali możliwości obrony mnie (nie tego, co napisałem), bym mógł dalej robić dobro. Doświadczyłem na swojej skórze tego, co od lipca stało się moją codziennością – jesteś postawiony nad kimś nie po to, by być katem, ale być obrońcą.

Posłuszeństwo, którego doświadczałem w tym tygodniu sprawiło, że po raz kolejny doświadczyłem tego, jak dobry jest Bóg. Nie przez to, że nie zostałem ukarany, ale przez to, że pokazał mi istotę swojej miłości, która polega na obronie, a nie na potępianiu. Sąd nie dotyczył mnie, ale mojego działania.

Tak – jestem nikim (nie ma to nic z samoponiżania się, rozumiem to jak dzisiejsze ewangeliczne: będzie poniżony). Być na urzędzie nie znaczy, że jest się kimś, że ma się władzę nad drugim. Być na urzędzie znaczy tyle, że czujesz wewnętrzny przymus bronić drugiego.

Dziś czytamy Ewangelię, w której Jezus mówi o tym, że możemy nakładać ciężary, które są nie do uniesienia, ale w domyśle, możemy te ciężary również zdejmować.

Proszę Was byście zdjęli ciężar ze mnie. Ciężar, który być może niektórzy mi założyli – nieprzebaczenia, przekreślenia czy powiedzenia: już mu nie ufam. Proszę byście – jak mówi dzisiejsza Ewangelia – zobaczyli we mnie brata, który potrzebuje Waszego przebaczenia za zamęt, który spowodował.

Ten kościół, ta parafia, to nasza wspólna sprawa, to nasz wspólny dom. Po tych trzech miesiącach chciałbym Was prosić byście się zastanowili jakie macie w nim miejsce, w jaki sposób możemy razem dla tego Kościoła jako wspólnoty być. Bardzo mi zależy, tak jak mówiłem w lipcu, na tym, by nikt tutaj nie czuł się wykluczony, by to było miejsce, w którym nie nakłada się kolejnych ciężarów, ale przede wszystkim je zdejmuje po to, byśmy jeszcze bardziej – razem – mogli chwalić Boga w naszym życiu.

Nikt z nas nie ma tu lepszego, bardziej uprzywilejowanego miejsca, wszyscy jesteśmy równi przed Ojcem. Mocno się przekonałem przez te trzy miesiące, a w ostatnim tygodniu jeszcze bardziej, że jedyny Kościół, który ma rację bytu to Kościół miłosierdzia, nie trzymania się ludzkiej sprawiedliwości.

Po trzech miesiącach chcę Was jeszcze raz zaprosić do tego byśmy razem prosili Pana o miłosierdzie, by ta Jego miłość uzdolniła nas do wybaczania. Najpierw sobie nawzajem – tutaj, w kościele – naszą niechęć, nieśmiałość wobec drugiego, później w naszych wspólnotach i rodzinach oraz ulicach.

Proszę Was, kiedy będziecie myśleć o swoim miejscu w tym Kościele, to pierwsze niech będzie przy Panu Jezusie, dopiero później myślmy o działaniu.  Nie bójcie się rozeznać swojego miejsca, nie bójcie się wyjść z tłumu i być odważnymi. Nawet jeśli popełnimy błąd.

Bardzo też dziękuję wszystkim, którzy się za mnie modlili i dalej Was o modlitwę proszę.