Zaznacz stronę

To, co przeczytacie nie będzie studium jakiegoś konkretnego przypadku, choć pojawią się znane nazwiska. Te wspomniane historie są tylko ilustracją.

Kiedy w sierpniu pojawiłem się w naszej wrocławskiej parafii, którejś niedzieli siedząc w zakrystii ze starszym od siebie współbratem, rozmawialiśmy o Kościele i przełożonych. Pamiętam, że odniosłem się krytycznie do jakiejś decyzji, któregoś z biskupów. Wtedy ów współbrat powiedział takie zdanie: młody nie gadaj za dużo, oni (biskupi) są pasterzami, a my jesteśmy tylko psami (pasterskimi), mamy robić, co pasterze każą.

W 2002 roku, Stanisław Obirek – wtedy mój współbrat – porównał, w jednym z wywiadów, Jana Pawła II (który wtedy odbywał swoją ostatnią pielgrzymkę do Polski), do złotego cielca, któremu Polacy oddają – jak Żydzi na pustyni – cześć. Zaraz później ówczesny prowincjał nałożył na niego zakaz wypowiedzi. Pamiętam, że wtedy byłem bardzo oburzony na Obirka i bardzo stałem po stronie prowincjała. Bo, jak to tak można mówić.

Kilka lat później ks. Isakowicz rozpoczął batalię o lustrację w Kościele. Też dostał zakazy i ja też byłem za tymi decyzjami.

Kilka lat temu poznaliśmy Jacka Międlara, który zaczął głośno mówić o aferach w Kościele. Sporo wtedy o nim mówiłem i pisałem, zapewne dlatego, że w jednym z tekstów mnie obraził. Kiedy dostawał kolejne zakazy i kary, pisałem do Jacka o posłuszeństwie przełożonym.

Przyszedł rok 2020, który dla mnie rozpoczął się od zakazu wypowiedzi, który trwał 9 miesięcy oraz opuszczeniem Opola.

W tych dniach słyszymy o sprawie ks. Daniela Galusa, który otrzymał upomnienie, a teraz nakaz opuszczenia Czatachowej, od swojego biskupa.

Widzę, jak bardzo zmieniło się moje radykalne myślenie w kwestii posłuszeństwa przełożonym. Te przykłady mi samemu pokazują jak inaczej myślę. Nie, nie jestem dziś buntownikiem. Sam zacisnąłem zęby i siedziałem cicho, wyniosłem się z Opola, jestem we Wrocławiu. Jednak kiedy mnie samego dotknęła kara i doświadczyłem na własnej skórze jak to jest, to widzę, że świat posłuszeństwa nie jest czarno – biały. Już kilka dni temu pisałem o tym (KLIK), że posłuszeństwo jest często wykorzystywane nie misji jaką w Kościele mamy, ale przeciwko temu, który je ślubował.

Wracam do obrazów psów. Pies pasterski nie jest pasterzem – nie on podejmuje decyzje i nie on ostatecznie odpowiada za owce. Decyzje należą do pasterzy. Jednak dobry pasterz nie będzie ignorował znaków, które daje pies. jasne, że pies jest zwierzęciem i nie mówi tym samym językiem co pasterz. Jednak to pasterz – jeśli chce skorzystać z psa – musi się nauczyć jego sygnałów.

Kiedy dziś, po swoich doświadczeniach, patrzę na wszystkie przytoczone (wyżej) sytuacje, jestem przekonany, że zabrakło na którymś z etapów nie tylko pokory psów, ale i pasterzy. To nie krytyka kogokolwiek, ale raczej wezwanie byśmy zbyt szybko wszystkiego nie oceniali, byśmy zbyt szybko nie odsyłali do świetlanych przykładów s. Faustyny, o. Pio czy innych. Każdy z psów ma jakieś racje (i nie koniecznie tylko swoje), które warto szczerze i poważnie wysłuchać, przedyskutować i się z nimi pokłócić.

Tylko trzy lata byłem przełożonym. Jednak to krótkie doświadczenie pokazało mi jak łatwo pojawia się pokusa rządzenia, na zasadzie ja wiem lepiej. Dopóki ci, którymi rządziłem zgadzali się z MOIMI pomysłami, dopóki pracowali w stylu jaki MI odpowiadał, mówili kazania, które wpisywały się w MOJĄ wrażliwość, to byli dobrymi podwładnymi, z którymi można się było kumplować. Jednak pojawiały się momenty, kiedy dochodziło do różnic i wiem jak trudno było niewykorzystywań swojej pozycji. Jak trudno było zrobić krok do tyłu.

Jestem dziś jeszcze bardziej przekonany, że przełożeństwo jest do stwarzania miejsca dialogu, słuchania i pokornego uznawania, że nie jest się Bogiem czyli do rozeznawania. Jasne, że decyzję musi podjąć przełożony, ale wiem, że dramatem jest kiedy podejmuje się ją zbyt szybko i zbyt gwałtownie, bo wtedy pies ma poczucie, że naprawdę jest tylko psem.

Po powrocie nie czuję się bohaterem na miarę o. Pio, choć niektórzy mi tak mówią, w ogóle nie czuję się bohaterem (też o tym pisałem TUTAJ). raczej wracam jak pies, po przejściach. Skopany, przetrzymany w klatce, z poczuciem, że ktoś przywiązał mi łańcuch to znaczy przestał mi ufać. Jak pokazuje historia – wielu nie wraca. I to nie są zdrajcy. To często mądrzy, pokorni ludzie, którzy w pewnym momencie zobaczyli, że w ICH historii zaczyna się gwałcenie ich sumienia i trwanie na łańcuchu wcale nie jest pokorą, ale jest działaniem na szkodę swojego serca. Niektórzy wracają. Znajdą się tacy, jak św. Faustyna, że z uśmiechem, ale większość z nich wraca bez uśmiechu, bo wiedzą, że pasterz znów może przywiązać łańcuch.

Ten apel już nie jest do mnie, ale proszę Was przełożeni – uważajcie na to narzędzie bardzo. Bo psy grają w tej samej drużynie, tylko szczekają, a nie mówią wierszem.