Zaznacz stronę

Szanowny Pan Władysław K. napisał pod moim ostatnim tekstem na DEON-owym FB, następujący komentarz. „Wydawało się, ze po tym jak 18-go lipca afgański uchodźca zatłukł siekiera parę osób w pociągu, jak 22-go lipca Irański młodzieniec zastrzelił 9 osób, 24-go lipca syryjski uchodźca zaszlachtował ciężarną Polkę, i tego samego dnia inny syryjski uchodźca wysadził się obok masowej imprezy (dobrze, ze go nie wpuszczono) nie znajdzie się żaden bezrozumny lewak, który będzie pieprzył o uchodźcach. Ale nie, oto jest – ojciec Kramer. Nie tylko zachęca do przyjmowania, ale nawet gani, ze Polacy nie chcą przyjmować. Mówi „jesteśmy posłani do niesienia nadziei, niepilnowania swoich budynków, zagród i poczucia bezpieczeństwa”, a nie zauważa, ze wszyscy ci dotknięci wymienionymi przez mnie aktami ubogacenia kulturowego nie mogą nieść nadziei, bo SA MARTWI. Deon.pl z rożnymi lewackimi Kramerami przekracza kolejne granice bezczelności w nachalnym propagowaniu swoich lewackich idei. GRZESZYCIE pycha ojcowie Jezuici, GRZESZYSZ pycha ojcze Kramerze – Bóg Wam nie dal prawa osadzać ludzi, którzy chronią swoje rodziny. Grzeszycie także głupotą. Jedyny pozytyw, jaki odnajduje w poście o o. Kramerze to jego koloratka – wreszcie ja założył, bo zwykle, podobnie jak ks. Sowa woli celebrytowac bez niej (te typy tak maja)”. Pan Władysław jest jednym z wielu, żeby było jasne.

W ostatnich tygodniach zostałem: lewakiem, komunistą, klechą, idiotą, pedałem, szumowiną kalającą na swój kraj; adresatem wszelkiego rodzaju życzeń typu: byś zdechł, by cię potraktowali jak tamtych; albo adresatem żądań: sam weź do domu tych brudasów; o epitetach opisujących poszczególne części ludzkiego ciała nie wspomnę. Stałem się złym. Ludzie, którzy na oczy mnie nie widzieli, stwierdzili, że jestem złem wcielonym, które ściągnie na nasz kraj klęskę. To jest nawet zabawne, że taki mały człowieczek jak ja ma taką (wirtualną) moc.

Ale zostawmy dowcipkowanie. Kiedy czytam różne komentarze chrześcijańskiej części Internetu (tak – duże uproszczenie, chodzi mi o ludzi, którzy wierzą w Jezusa i działają w necie), to jest mi szalenie smutno, że tak bardzo nasza wiara okazuje się tylko pustą deklaracją. Coraz częściej mam wrażenie, że traktujemy chrześcijaństwo jako nasze, tylko do momentu, w którym zaczyna nas nas ono coś kosztować. Jakoś strasznie smutne jest to, że katolicy w necie potrafią pisać o Franciszku (papieżu Kościoła katolickiego) jako o zagrożeniu dla naszej wiary. Robią tak tylko dlatego, że papież przypomina Ewangelię – konieczność miłości nieprzyjaciół, otwartość na przybyszów i czynienie miłosierdzia tam, gdzie nie możemy się spodziewać zysku. Strasznie smutne jest to, że grupa ludzi wierzących, która ciągle wyśmiewa Miłosierdzie mówiąc i pisząc o różowym katolicyzmie, strasznie się boi, żeby Papież nie powiedział czegoś, co może być niewygodne, co właśnie będzie nam kazało wyjść z „różowych klimatów” do ciężkiej pracy na rzecz drugiego człowieka. Franciszek głosi Ewangelię, a ta z zasady miesza w naszym świętym spokoju i wprowadza ferment. Bez tego nie ma chrześcijaństwa.

Tak, mogę być „kozłem ofiarnym”, na którego sfrustrowani ludzie będą rzucać epitety, ale powiedzcie mi autorzy tychże – czy to coś zmieni w waszych sumieniach? Czy w końcu usłyszycie głos Boga, który ciągle nam przypomina: wyjdź ze swojej ziemi, w której czujesz się bezpiecznie i idź do kraju, który ci wskażę. Chrześcijaństwo nie polega na tym, co próbujemy robić, że zbudujemy twierdzę, a Chrystus stanie się kimś, kto będzie nam zapewniał bezpieczeństwo granic. Jego Królestwo nie jest z tego świata. On nie wchodzi w takie układy, to my – ludzie ciągle wmawiamy nowym pokoleniom, że On jest kimś, kto jest po naszej stronie (naszej – każdy tu widzi coś innego: kraj, miasto, kościół, grupa społeczna, klub sportowy, politycy), a przeciwko tym drugim. To jest utopia, bo On przyszedł oddać życie za wszystkich.

Tak, moge być „kozłem ofiarnym”, ale powiedzcie mi dlaczego najwięcej pomyj wylewają ci, co się dobrze mają (przynajmniej takie rzeczy pokazują w sieci): pływają na łódkach, nurkują, mają świetne samochody, pozycje społeczne, pieniądze, relacje? Jak to jest, że najbardziej otwarci na innych są ludzie biedni i starzy? Może dlatego, że tym pierwszym wcale nie zależy na Ojczyźnie, religii czy innych, ale tak naprawdę na nieutraceniu swojego statusu materialnego? Wtedy problemem nie są uchodźcy, inni, ale nasze obciążałe serca.

Powtórzę to już setny raz: tak mam w sobie lęk. Lęk przed niewiadomym, przed tym, że nie wiem co będzie. Jednak Ewangelia i mój Pan (a papież mi to przypomina) każe mi na lęku się nie skupiać. A święci pokazują mi, że jeśli coś, co głosi mój Kościół jest dla mnie trudne, to znaczy, że to jest dobre i należy za tym iść.

I taka rada do tych, co piszą rzeczy podobne do tych wspomnianych na początku, zanim poślesz coś takiego w sieć, zadzwoń do mnie i umów się na kawę, rozmowę, wpadnij do mnie i powiedz mi to w twarz. Bo z jednej strony mówisz o odwadze w walce z wrogami ojczyzny, a z drugiej kryjesz się często za klawiaturą z anonimowym zdjęciem czy nickiem. Odwagi!