Zaznacz stronę

Wiecie, czasem jestem już zmęczony swoją rolą. Przychodzi sobota i czuję, że jutro ten dzień, w którym znów będę musiał stanąć przed Wami, by ogłosić Wam Ewangelię. A ja wiem, że jesteście tak samo słabi jak ja. I ogarnia mnie lęk, bo wiem, jak trudno jest mnie przekonać do wiary w Pana Jezusa i do nadziei. Odczuwam to zmęczenie, bo dla mnie wiara staje się bardzo często udręką. Nie ma we mnie pewności, którą ma wielu innych, stojących na tym miejscu. Nie ma we mnie świętości, o której tyle wam mówię. Nie ma we mnie tej siły, do której was zachęcam. Nie ma we mnie zbyt wiele tej radości, o której tak często mówię na początku Mszy.

Jestem czasem zmęczony naszym Kościołem, również tym, który my tworzymy. Nie, to nie jest kwestia narzekania. Raczej tego, że od lat słuchamy Słowa, jemy Jego Ciało i pijemy Krew i nie widać w nas przemiany. Raczej stoimy w miejscu, raczej nauczyliśmy się dobrze maskować.

Jezus z dzisiejszej Ewangelii wcale nie ułatwia mi wyjścia z tego zmęczenia. Stoi na dziedzińcu pałacu Piłata, obdarty, zbity, poniżony, i twierdzi, że jest Królem. Muszę stanąć przed tym nieestetycznie wyglądającym Człowiekiem i spojrzeć Mu w oczy. Stanąć przed Oskarżonym i spojrzeć Mu w oczy i przyznać się uczciwie do wątpliwości, czy On naprawdę jest godzien być Panem mojego życia? Czy, to, że mówię, że Bóg króluje w moim życiu, uwzględnia takiego właśnie Króla. Poniżonego, po ludzku przegranego?

Bo dość łatwo powiedzieć: idę za Jezusem, który panuje, myśląc o Jezusie mocnym, silnym, takim, co to zniszczy – jeśli nie dziś, to kiedyś tam – wszystkich tych, co mnie niszczą, co mnie denerwują. Łącznie z moją słabością i grzechem. Trudniej powiedzieć, że taki – upodlony – Jezus jest moim Królem.

Patrzę więc na takiego Króla i dziękuję Mu, że mój Król jest obdarty, nie silny, nie taki, jakiego próbuje mi się wcisnąć, również z kościelnych ambon i politycznych mówić. Dziękuję Mu, bo czuję, że Jego obdarcie jest moją szansą na to, że kiedyś wyjdę z mojej bezsilności.

Mój Pan nie ma nic z kościelnego przepychu, z naszej religijnej tytułomanii, nie ma nic z przebiegłości polityków, nie ma nic z cwaniactwa szefów, dla których liczy się zysk, nie człowiek, nie ma nic z rodziców, którzy biją swoje dzieci i w krzyku wylewają na nie swoje frustracje. Mój Pan stoi przede mną – obdarty i na skraju wykończenia fizycznego mówi mi: Królestwo moje nie jest z tego świata. To zdanie wypowiedziane przez człowieka zbitego, upokorzonego, bezsilnego, daje mi nadzieję w mojej bezsilności i strachu, że to, czego doświadczam nie jest ostateczne.

Tak, macie słabego proboszcza, takiego, który najchętniej schowałby się w piwnicy. Mówię wam to wszystko, bo coraz bardziej czuję, że potrzebuję Zbawiciela, który mnie będzie każdego dnia wyrywał z bezsilności.

I wiecie co? Wy też Go potrzebujecie. Bardzo Go potrzebujecie.

SŁOWO