Zaznacz stronę

Wczoraj był Dzień Dziecka. Jestem dzieckiem. Choć mam już prawie 40 lat to jestem dzieckiem swoich rodziców. Dorosłym, samodzielnym, od 19 lat żyjącym poza domem, jednak (ich) dzieckiem. Czekałem wczoraj na telefon od rodziców, bardzo czekałem. Choć nie mamy w nawyku gadać ze sobą przez telefon często i długo, to jednak są dni, kiedy dzwonimy do siebie. Dla mnie to są takie fajne sygnały: jesteście moimi rodzicami: mamą, tatą; jesteś naszym synem; pamietam, że to dzień kiedy się urodziłeś. 

Po południu siedziałem w konfesjonale. Telefon zawibrował, na ekranie wyświetliła się informacja: „MAMA”. Nie odebrałem. Za moment to samo, z informacją: „TATA”. Nie odebrałem. Nie odebrałem z racji oczywistych, ale także z tego powodu, że nigdy nie wiem co mam powiedzieć. Wieczorem znów zadzwonili. I dobrze ich było usłyszeć. Mama, jak zawsze opowiedziała o wszystkich w domu, tylko nie o sobie. Chyba wszystkie mamy tak mają. Później słuchawkę przejął tato. Generalnie to zawsze było nam trudno gadać. Sporo komunikatów dawaliśmy sobie niewerbalnie. Mam tak jeszcze z dzieciństwa, kiedy tato wpuszczał mnie do swojego świata (warsztat w pracy, drobne remonty w domu, długie spacery po lesie, siłownia), mało przy tym mówiąc, jednak dając sporo obrazów. Wymieniliśmy z kilka zdań, ale na końcu powiedział to, co właśnie napisałem: że słabo nam idzie gadanie, ale chce mi powiedzieć, że jest ze mnie dumny. Kurcze, dopiero po odłożeniu telefonu zrozumiałem, że to nie jest tylko grzecznościowe zdanie na koniec rozmowy. Tato, jak większość jezuickich rodziców (to wiem po 4 latach prowadzenia dla nich spotkań), nie wie do końca na czym polega moje życie i co robię na codzień. Zasadniczo wie, że jestem księdzem i mniej więcej orientuje się gdzie obecnie mieszkam. Jednak on ma poczucie tego, że moje życie jest dla mnie czymś naprawdę pozytywnym. I wie, że muszę siebie każdego dnia przekraczać.

Kiedyś marzyłem o hollywoodzkich scenach w mojej rodzinie; marzyłem, że kiedyś przyjdzie taki dzień, że moja rodzina nie będzie szara i przeciętna, ale będzie taka jak te z ekranów TV. Że będę mógł do swojego domu zaprosić mnóstwo znajomych (że w ogóle ich będę miał), mój dom będzie duży, bogaty, a moi rodzice super komunikatywni. Dziś dziękuję Bogu, że tak się nie stało. Nie, nie dlatego, że to byłoby złe, ale dlatego, że to były tylko przejawy braku miłości do: siebie i swojej rodziny. Dziś jestem wdzięczny (chodź to nie jest hollywoodzka wdzięczność). Czasem ona jest przez łzy, czasem przez niezrozumienie, ale jestem wdzięczny.

Reakcja na zdjęcie, które wczoraj zamieściłem na fejsie, albo raczej na komentarz do niego znów pokazała mi, że warto mówić drugiemu proste rzeczy. Ojcowie, matki – mówcie swoim dzieciom, że jesteście z nich dumni. Nie trzeba być ojcem czy matką, można być z jakiegokolwiek powodu ważnym człowiekiem dla drugiego. Ważne, żeby taki komunikat dawać. Nie za często, ale dawać. Wydaje mi się, że rezygnujemy z tego, bo się boimy. Warto pokonywać ten lęk.

ps. Odpowiadając na komentarze. Nie, nie zostawiam zabawek, nie jestem leniem, któremu się już nie chce pisać:-). Po prostu od dłuższego czasu widzę potrzebę zmiany formuły. Więc bardzo Was proszę zostańcie z stroną grzegorzkramer.pl, ale w tej nowej formule.