Zaznacz stronę

Ktoś mógłby powiedzieć, że Paweł w dzisiejszym (KLIK) słowie kokietuje i próbuje się podlizać, zrobić dobre wrażenie. Kiedyś też tak myślałem, że to trochę takie teksty pod publiczkę. Do czasu, kiedy sam nie zacząłem głosić. Decydując się na taki krok, musisz liczyć się z tym, o czym mówi Paweł: ze swoją kruchością i małością. Głosząc, wiesz, że nie może paść żadne słowo, które nie jest przeżyte przez mówiącego.

Paweł powołuje się na Ukrzyżowanego, bo to On jest kluczem głoszenia. Tylko Ewangelia, Dobra Nowina, głoszona przez pryzmat Jezusa Ukrzyżowanego ma moc. Ma moc, bo nie jest oparta na ludzkiej kalkulacji, interesie czy manipulacji, ale na Mocy Jezusa Chrystusa.

Takie podejście do sprawy daje siłę do mówienia, nawet pomimo swojej grzeszności i słabości. Bo nikt, kto głosi nie może być pewny siebie i nie może głoszonego Słowa oprzeć na swojej mocy. Jeśli już na czymś swoim je opierać, to tylko na własnej nie mocy.

Głoszę słowo od prawie dziesięciu lat. Raz mądrzej, raz głupiej. Czasem jest to mowa trudna a czasem dająca nadzieję. Za każdym razem, kiedy staję przed ludźmi, choć bardzo to lubię, to się boję. Zawsze się śmieję, że dobrze, że mam na sobie trochę szat, bo nie widać moich drżących kolan.

Wiem, że ambona nie jest, ani do politykowania, ani umoralniania, a już tym bardziej do osobistych wynurzeń. To miejsce głoszenia Jego Słowa, nie mojego. Mówię dziś jednak o sobie, bo czuję, że słowa Pawła są dla mnie zachętą do tego, by spojrzeć z nadzieją na to, co i jak mówię i przede wszystkim jakim prawem to czynię.
Bóg pozwala mi mówić, opowiadać o Jego Miłości. Poznałem Boga dobrego, choć często niezrozumiałego. Pozwala mi być w tej robocie, choć jestem człowiekiem zalęknionym i pełnym niskich pobudek. Pozwala mi, pomimo tchórzostwa, uczestniczyć w wielkich zwycięstwach. I za to jestem Mu wdzięczny

Jezus mówi: wy jesteście solą dla ziemi, wy jesteście światłem dla świata. Zjadłem trochę soli i mnie zemdliło. Mieć w sobie sól to wcale nie jest przyjemna sprawa. Solą jest Ewangelia i ona nie ma być czymś przyjemnym we mnie. Ma mnie drażnić, jak sól drażni odkryte rany. Mieć sól w sobie to pozwalać, by wypalała ze mnie wszystko to, co jest moim osobistym dziadostwem.

W oczach Boga jesteśmy smakiem świata. Jezus nie mówi musicie być solą dla ziemi, ale mówi jesteście solą dla ziemi. Czymże więc, my ludzie słabi i często pytający się o sens tego wszystkiego, co w naszym życiu się dzieje, mamy świecić i jak być smakiem dla świata? Odpowiedź jest banalna. Solą i światłem są nasze intencje, słowa i czyny, ale tylko wtedy, kiedy jest w nich Miłość Boga.

Dobre uczynki nie mają nic wspólnego z zdobywaniem odznak za umiejętności, chodzi o postawę całego życia – jestem dobrym człowiekiem, który odczuwa ciągły niedosyt; pragnie, działa więcej, a czuje, że to ciągle mało.
Trzeba zobaczyć, że nasza słabość, małość i ubogość w środkach, nie jest czymś, co by sprawiało, że się nie nadajemy. Jest tak dlatego, bo siła nie jest od nas zależna. Źródło smaku i światła jest w Bogu, nie w nas.

Skupić się na tym, że się już jest solą, a nie będzie, to uwierzyć Bogu i Jego Słowu, że jest się dobrym. Właśnie dzięki Niemu, z łaski, nie z uczynków.