Zaznacz stronę

 To jest szósty (ostatni) tekst na Wielki Post, z cyklu BANITY o jałmużnie. O idei przeczytasz TU.

Obrazek pierwszy. Wychodzę rano z domu. Spieszę się na tramwaj. Już w zasadzie jestem spóźniony do pracy. Szukam drobnych na bilet. W tym momencie zza rogu wypada on. Znowu. Prawie codziennie to samo. „Panie szefie, daj kilka złotych. Nie, nie na alkohol, na jedzenie. Głodny jestem. Kupie sobie jakąś kiełbasę i bułki”. Czuć od niego alkoholem. Już nie raz widziałem, jak brał mojego piątaka i szedł po wódkę. Czasem mu daję pieniądze dla świętego spokoju, czasem wkurzam się, że mnie znowu zaczepia i tylko odburknę, że nie mam kasy (co oczywiście nie jest prawdą).

Obrazek drugi. Wychodzę z kościoła. Po mszy. Po pracy. Zmęczony. No i znowu ona. Mieszkam w Krakowie kilkanaście lat i wciąż ją spotykam. Niby zawsze jest trzeźwa, więc jej wierzę, że pieniędzy nie przepije. No ale ileż można żebrać? Czy nie mogłaby sobie znaleźć jakiejś pracy? Czasem jej coś dam, ale częściej jej widok mnie wkurza.

Obrazek trzeci. Krakowskie planty. Wracam późno wieczorem z knajpy. Chce mi się spać. Jest zimno. Na ławce siedzi facet. Na oko przed czterdziestką. Pijany i śmierdzący. Coś do mnie woła. Żebym się przysiadł, dał szluga i się z nim napił. Udaję, że go nie słyszę. Przyspieszam kroku. Problem z głowy.

Nie jestem milionerem, ale zarabiam dobrze. Nie mam kredytu, ani żadnych innych poważnych zobowiązań finansowych. Spokojnie dużą część swoich zarobków mógłbym oddawać potrzebującym. Nawet bym tego nie poczuł. Nie robię tego. Czasem komuś coś dam, ale raczej dla „świętego spokoju”. To nie jest powód do dumy, nie ma się czym chwalić, ale taka jest prawda.

Zamiast pomagać ludziom, to ich oceniam. To fatalne świadectwo. Nie, to jest antyświadectwo. Nie róbcie tak jak ja.

Na szczęście dla mnie i dla nas wszystkich Bóg działa zupełnie inaczej. Nawet nie chcę myśleć, co by ze mną był, gdyby On patrzył na mnie, tak jak ja patrzę na tych ludzi. Przecież ja się niczym od nich nie różnię. Może nie piję, ale grzeszę (i to jak!). Nie stoję od lat na ulicy i nie żebrzę, ale są problemy z którymi non-stop wracam do Boga. Nie sypiam pijany na ławkach, ale czasami tak się sponiewieram grzechem, że smrodem wali ode mnie na kilometr. A On jest cierpliwy i za każdym razem mi pomaga.

Niektórzy mówią, że potrzeba zmian systemowych. Że nie warto ludziom na ulicy dawać pieniędzy. Nie wiem. Nie znam się. Wiem jednak, że odmawianie jałmużny „bo to pijak i nierób i w ogóle niech się ogarnie”, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Nie znamy historii tych ludzi. Nie wiemy, dlaczego są w takiej sytuacji. I to się nie zmieni, do póki się nie zatrzymamy. Nie pobędziemy z nimi.

Czasem mam takie zrywy. Idę późnym wieczorem na planty, siadam z pierwszą osobą, która chce ode mnie szluga i tak sobie siedzimy i gadamy. To są jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Po ich oczach widzę, że dla nich to też są dobre chwile. Jesteśmy ze sobą. Po prostu. Nie rozwiązujemy żadnych problemów. Trochę się pośmiejemy, pożartujemy i ponarzekamy. I tyle.

Ale to są tylko zrywy. Wstyd się przyznać, ale nie potrafię ogarnąć jałmużny. To dla mnie chyba za trudne. Głupio trochę, ale taka jest prawda.

Piotr Żyłka