Zaznacz stronę

Pamiętam jeszcze z dzieciństwa, nie były to jakieś długie okresy, ale zdarzały się momenty poważnego głodu. Kiedy żołądek i głowa bolały. Człowiek wtedy jakby kurczył się do rozmiarów swojego brzucha, jakby on stawał się centrum życia. Wszystko zaczyna się kręcić wokół niego, a raczej wrzucenia do niego czegokolwiek. Człowiek głodny, póki sił mu starcza, szuka pożywienia. I zrobi wszystko, by to pożywienie zdobyć.

Jezus odwołuje się dziś do głodu. Do głodu wewnętrznego. Nie chodzi o to, byśmy się licytowali, który rodzaj jest gorszy. Jeden i drugi są ciężkie i tragiczne w skutkach. Nie zaspokojone źle się kończą dla człowieka. Puste serce, albo nie tyle puste, co zawalone śmieciami, które zbieramy na zasadzie, a nuż coś się może przydać, jest udziałem chyba każdej i każdego z nas. Wrzucamy w siebie różne eksperymenty, by zaspokoić głód wywołany emocjonalnym zimnem, duchową pustką, niezrozumieniem siebie i innych czy też samego Boga. Czasem udaje się nam zjeść coś dobrego, co ma prawdziwy smak i witalność w sobie (dobra rozmowa, książka, podumanie nad sobą), ale zaraz potem wracamy do naszych śmieci. Jest ich dużo i to daje poczucie, że jesteśmy pełni. Właśnie poczucie. A to znów generuje, że sięgamy po nowe, sztuczne jedzenie, bardziej smaczne, bo coraz więcej nam trzeba wrażeń.

Ekonomiści twierdzą, że gdyby ludzkość uczciwie podzieliła to, co ma, to głodu na świecie nie byłoby. Ale jest inaczej, jest jakaś niemoc, podszyta egoizmem, strachem, ekonomią, że ciągle się to nie udaje. Podobnie jest z nami. Czujemy przecież doskonale, że gdybyśmy się tak za siebie konsekwentnie wzięli, to nie chodzilibyśmy z głodnym, pustym, zbitym sercem. Tak samo rzecz się miała z Żydami z dzisiejszej Ewangelii. Jezus odwołuje się do tego wewnętrznego głodu. Mówi: Ja jestem prawdziwym chlebem i napojem, odwołuje się do ich głodów. A oni co robią? Zachowują się jak współcześni mocodawcy. Zaprzeczając faktom i wyliczeniom, krzyczą: nie, to niemożliwe, nie da się zaradzić nędzy tego świata, musi być tak jak jest.

Ile razy było tak w Twoim życiu, że czułeś, że masz dość, że czujesz się pusty, osamotniony, zalękniony, głodny po prostu, i pojawiła się możliwość zmiany tego stanu? Wymagało to jedynie trudnej decyzji, wyłączenia czata, wyłączenia TV, nieotwierania kolejnej puszki z piwem, wykasowania jego czy jej numeru z telefonu, nieoszukiwania się, że to ostatni raz jak się z nią, z nim spotykam. Zaprzestaniu mówienia sobie, że to, co mnie łączy z tą sprawą, rzeczą, osobą jest niegroźne, nikomu krzywdy nie robi. Wiele razy tak było w naszym życiu, a jednak zostaliśmy przy syfie, śmieciach, bylejakości. Bo one są łatwiejsze, dają to, co lubimy najbardziej, krótkotrwałe przyjemności. Znowu stajemy przed wyborem. Zjeść prawdziwy, dobry chleb czy nadmuchaną tescową bułkę, która ładnie wygląda, ale w środku jest pusta.

Jezus zostawił się nam w postaci prostego pokarmu. Możemy się obrazić na ten sposób, możemy powiedzieć, że jesteśmy zbyt wykształceni na takie sposoby. Wszystko możemy. Tylko, że Eucharystia to nie magiczny płyn Gumisiów. Ona jest sposobem życia. Inne myślenie, nie tylko branie i jedzenie, ale branie i dzielenie się. Ryzykowanie. Jak i On zaryzykował. Dając się nam w ręce. Może właśnie dlatego ciągle wracamy z Mszy sfrustrowani, nienasyceni, bo chcemy, by nas magicznie przemieniła, a najlepiej nie nas, co naszą rzeczywistość, innych ludzi?

Przestaniemy z niej wracać nieprzemienieni wtedy, kiedy zobaczymy, że Eucharystia jest zmianą postrzegania siebie, ludzi, Boga, innym patrzeniem na rzeczywistość. Nie da się naszej egoistycznej mentalności przełożyć na to, co tutaj się dzieje. Nie da się zrozumieć Eucharystii, kiedy ciągle myślimy jak zwierzęta. Muszę dla siebie nachapać jak najwięcej. Nie tylko pieniędzy, rzeczy, ale także racji czy poglądów. Dostajemy dziś zaproszenie na najlepsze jedzenie, do najlepszego Kucharza. Co wybierzemy: to, czy przysłowiowy Mc Donald?

SŁOWO