Zaznacz stronę

To z czym Jezus walczy w tym tekście, wcale nie skończyło się na pokoleniu ówczesnych faryzeuszy. Jest to dziś obecne także w naszym Kościele.

Jestem przekonany, że Jezus był wtedy nieźle wkurzony. To był spokojny spacer wśród zbóż, gdy zgłodnieli, odruchowo zaczęli zrywać kłosy i jeść dojrzałe ziarno. A tu masz, przyczepili się religijni urzędnicy i zadają kolejne idiotyczne pytanie: dlaczego Twoi uczniowie to czynią?

Jest taki rodzaj pobożności, który ładnie wygląda. Wszystko, w nim, ma swoje miejsce. Są kapłani, wierni i rytuały, nie zadaje się zbędnych pytań. Każdy ma swoją rolę do odegrania. Człowiek – oddaje cześć. Bóg – odbiera hołdy. Liczy się to, co pojawia się  w pytaniu z tekstu: czemu oni to robią? Albo jak w innych miejscach – jakim prawem?

Daleki jestem od obalania roli Kościoła, wspólnoty i tego wszystkiego w czym jestem. Nie robię tego. Próbuję zobaczyć, jak bardzo z Bogiem mogę się rozmijać, wyznając wiarę w Niego. Jak będąc chrześcijaninem, mogę być daleko od Jezusa. Tak, jak ci ludzie na tym polu. Wierzący w Boga, którzy rozmijają się z Mesjaszem.

Nie tłumaczmy faryzeuszy zbyt szybko tym, że im zależało na czystości religii. Bo w imię tej czystości, przestali dostrzegać Boga i człowieka.
 Eldregde zrobił kiedyś następujące rozróżnienie: istnieje chrześcijaństwo i chrześcijańska kultura. Ludzie bardzo często mylą wiarę Jezusowi z religią, a to nie zawsze idzie w parze. Można z Boga zrobić kartę przetargową, którą wyciąga się wtedy, kiedy chce się coś ugrać. Nie koniecznie tylko w polityce. Bogiem można straszyć, można Go używać, jako oskarżyciela wrogów, można też z Niego uczynić stróża moralności lub pudłem, do którego będzie się wrzucać wszystko to, z czym sobie (w sobie i w innych) nie radzimy.

Można kochać różne celebracje, śliczne kazania, mieć wybitnych duszpasterzy itd. I można w tym wszystkim nie spotkać Jezusa. Można wiele gadać o wartościach, kulturze, twórczości chrześcijańskiej, takowych korzeniach, żyć przeszłością świetlanych wieków chrześcijaństwa, a nie (po)znać Jezusa. Ile jesteśmy w stanie powiedzieć o osobistym doświadczeniu Jezusa, a ile o swojej religii? Zobaczmy proporcje. Oczywiście tu nie chodzi o deklarację: mam z Jezusem bardzo intymną relację. Wielu ludzi ma tak „intymną” (ukrytą) relację z Jezusem, że nigdy jej samej, jak i jej skutków nie widać na zewnątrz.
 Trzeba sobie mocno powiedzieć, jeśli chodzenie do kościoła, bycie w katolicyzmie, chrześcijaństwie nie sprawia, że ludzie koło nas nie widzą owoców, to takie chrześcijaństwo nie ma sensu. I nie tłumaczmy się od razu wielką, ukrytą zmianą wewnętrzną. 
Jezusa nie wystarczy szanować, Jego trzeba kochać. A to coś więcej. To, że wiemy coś o Bogu, nie znaczy, że Go znamy, że poznaliśmy Go mocno, w swoim sercu. Oddania się, zażyłości nie mierzy się religijnym działaniem. To jest jeden z elementów, ale nie najważniejszy.

Świętość to nie zasady, jesteśmy zaproszeni do czegoś nieprzeciętnego. Czegoś, co człowieka pochłania, dla czego chcesz zawalać noce, męczyć się i spalać. Czas to sobie powiedzieć – chrześcijaństwo to nie jest punkt usług religijnych. Jeśli tak jest u ciebie – to nie wiem w czym jesteś.

SŁOWO