Zaznacz stronę

Bywamy bardzo przywiązani do naszych ludzkich więzów, do relacji z najbliższymi. Potrafimy kogoś ocenić po tym jaką ma relację z rodzicami, rodzeństwem czy sąsiadami. Jest w nas sporo myślenia plemiennego. Zapewne z jednej strony to jest dobry, bo daje nam punkt odniesienia, ale z drugiej bardzo często jest czymś, co nas mocno zniewala. Nie daje nam wolności w wyruszeniu w swoją (również Bożą) przygodę.

W Ewangeliach Jezus czasem nawiązuje do relacji z najbliższymi, ale zazwyczaj czyni to w kontekście (konieczności) opuszczenia ich, wręcz porzucenia dla misji. Mówi przecież o podziale w rodzinach, o zostawieniu umarłego ojca, dzieci, matek, najbliższych. Dziś bardzo oschle wypowiada się o relacji z Matką. Nie o Matce, ale o relacji. Zrównuje Ją do innych ludzi, którzy słuchają Słowa.

Czy Bóg najpierw wkłada nas w więzy krwi, można by powiedzieć od poczęcia mocno – nie tylko fizycznie – wiąże nas z najbliższymi, a później brutalnie chce nas z tego wyrwać i im zaprzeczyć? Nie sądzę, bo w Nim nie ma sprzeczności. Raczej uczy nas tego, że to, co przyrodzone nie jest ostateczne, że to, co On zamierzył jako etap, a my tak bardzo absolutyzujemy, musi zostać etapem, bo celem zawsze jest On i więź z Nim.

Słuchanie Słowa Bożego i wypełnianie go, nie jest wysłuchaniem mądrego wykładu i zastosowanie treści w życiu. Słuchanie Słowa to wsłuchiwanie się w Boga – słucham tego, z kim mnie łączy wieź. A wypełnianie to nic innego jak życie Bogiem w codzienności. Mówiąc bardziej prosto: jeśli ktoś mnie słucha, żyje ze mną, obserwuje – musi doświadczyć Boga.

SŁOWO