Zaznacz stronę

Jezus wysyła uczniów na głoszenie i nie owija w bawełnę, stawia sprawę jasno. Ktoś, kto za Nim idzie i w Niego wierzy, musi liczyć się z przeciwnościami. Nie da się wierzyć i nie płacić za to ceny. Nie można być chrześcijaninem i nie czuć, że mnie to realnie kosztuje i komuś to się nie podoba.

Przypomnijmy sobie, ile to razy naraziliśmy się tak zwanym poprawnie politycznie myślącym (prawym, lewym, środkowym)? Ile razy ktoś się z nas naśmiewał, kiedy przyznaliśmy się do Jezusa? Ale można by zadać to pytanie inaczej: czy w ogóle takie sytuacje były obecne w naszym życiu? A może jestem człowiekiem – kameleonem, który potrafi się dostosować? Może moje osobiste chrześcijaństwo ma się nijak do mojego sposobu życia? 

Jeszcze dobitniej o cenie głoszenia Boga mówi pierwsze czytanie. Ktoś, kto idzie za Bogiem, a takim kimś był Jeremiasz, musi liczyć się z tym, że będzie działał na innych jak przysłowiowa płachta na byka. Jeremiasz wcale nie był typem, który prowokuje i prowadzi pobożne wojny. On jedynie był wiernym Bogu i Jego zasadom. Jest wierny swojej drodze, a słowa które wypowiada mają pokrycie w praktyce. Kiedyś tenże Jeremiasz wypowiedział zdanie: uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść. To dokładnie to samo, o czym mówi Jezus. Konsekwencja do końca. Gdy ktoś idzie za Jezusem czuje, że nie może już odejść. Bywa trudno, odczuwa samotność i odrzucenie czy niezrozumienie, ale nie potrafi już odejść. Nie dlatego, że nie znajdzie sobie lepszego zajęcia, ale dlatego, że kocha. Jeremiasz trwa, nie dlatego, że jest silny i bezgrzeszny. Jego siła jest w Bogu, mówi: Pan jest przy mnie jako potężny mocarz. Właśnie na tym polega zaufanie Bogu, że przekraczam tę granicę i przestaję ufać swojej wyszkolonej i wyuczonej wierności, a zaczynam pokładać całą nadzieję w Nim. A co znaczy ten piękny zwrot w Nim pokładać nadzieję? To, by wszystko, co dzieje się w moim życiu odnosić do Pana.

W Ewangelii, Jezus odnosi się do trzech konkretnych sytuacji w naszym życiu. Strach przed ludźmi, mówi: nie bójcie się ludzi. Albo Jezus nie zna życia, bo nie wie do czego ludzie są zdolni, albo do czegoś nas zachęca. Poszedłbym za tą drugą myślą i podłączył pod nią jeszcze drugą sprawę – lęk przed utratą życia. Zapewne Jezus nie jest wolno – duchem, który każe nam w ogóle życiem się nie przejmować. Jest raczej człowiekiem, który zachęca do zdrowego dystansu do: nas samych, innych i tego, co nazywamy się naszym życiem. Dystans. A więc widzę, liczę się z tym, biorę poważnie, ale wiem, że nie wszystko ode mnie zależy, nie na wszystko mam realny wpływ, i w końcu nie wszystko musi być tak jak mi się widzi.

Tak zwane szeptane tajemnice, a więc lęk przed odkryciem naszych „tajemnic”. I znów nie idzie o to by nie mieć tajemnic. Nie, nasze życie nie ma być big brather’em, gdzie wszystko jest wystawione na widok publiczny. Po prostu mówi nam – tak żyj, byś niczego nie musiał się wstydzić. Cały czas tak żyj. Nie chodzi tylko o moralność, o wyszkolenie siebie jak pieska. Idzie o takie zachwycenie się Bogiem jakie miał Jeremiasz: uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść. Taki ma być chrześcijanin. Zawsze gotowy do przejrzystości i na to, że ktoś może zapytać: jak żyjesz. To pytanie nie tylko o nasze czyny, ale i o nasze myślenie, nasze wybory i decyzje. To także pytanie o to, czy przed innymi gram, czy jestem autentyczny?

Trzecia sprawa, to świadectwo i jego konsekwencje. Nie możemy być papierowo – niedzielnymi chrześcijanami. Cechą chrześcijan powinna być konsekwencja i nie wchodzenie w logikę współczesnego człowieka (bez względu na wiek), którego można by nazwać konsumentem. I nie polemizuję tutaj ze sklepami i nabywaniem, to byłoby uproszczenie, chodzi o styl myślenia. Mi się należy, ja się mogę domagać, ja mogę brać, ale nie muszę nic dawać, albo przynajmniej tak żyć, by nie zauważać potrzeb innych. To taki styl życia, w którym boimy się pobrudzić naszych rączek (dosłownie i w przenośni). To takie myślenie, które tłumaczy się: ja tego papierka nie rzuciłem, albo to nie moje, nie moja sprawa, ktoś inny to zrobi.

KLIK