Zaznacz stronę

Funkcjonuję obecnie – bardzo upraszczając – w dwóch światach. Pierwszym jest ten, do którego posłał mnie mój prowincjał. Obecnie to III probacja, która jest półrocznym czasem formacyjnym składającym się z następujących części: studiowania naszych Konstytucji, Autobiografii Ignacego, różnych wytycznych z naszego zakonnego prawa, Wielkich Rekolekcji i próby socjalnej. To tylko pół roku, ale wbrew pozorom – dla mnie – to trudny czas. Wcześniej prowadziłem dość intensywny tryb życia, dużo jeździłem z rekolekcjami, większość mojego czasu spędzałem w samochodzie przemierzając Polskę. Teraz siedzę na miejscu i czytam, uczę się tego, co zapisał Ignacy i jego następcy. Czekam na podjęcie kolejnej misji w Opolu. Przy moim ADHD ten tryb życia jest dość trudny. Po prostu mnie nosi. Pod koniec tego jastrzębskiego czasu czuję, że cała probacja (jak sama nazwa wskazuje) staje się dla mnie próbą.

Wspomniałem, że jednym z elementów III Probacji jest próba socjalna. Pamietam, że kiedy – przed laty – myślałem o tym etapie to bardzo chciałem przeżyć go w Hospicjum Jana [KLIK]. Jan wtedy żył, ja byłem pod silnym wrażeniem jego osoby i działania. To nie byłby mój pierwszy kontakt z ciężko chorymi, bardziej chyba wtedy chodziło o kontakt z Janem. Później urodził się inny pomysł, by swoją próbę przeżyć jako pracownik na przykład Biedronki. Pracując z ludźmi – wykładając towary, pracując na kasie, sprzątając. Trochę bałem się tego, że znów znajdą się oburzeni, bo przecież w takich sklepach sprzedaje się prezerwatywy i alkohol. Ostatecznie – po rozeznaniu z przełożonymi – trafiłem do Puckiego Hospicjum. I to była jedna z najlepszych decyzji życia.

Próba (czas kiedy mieszkałem i pracowałem w Hospie), skończyła się ponad miesiąc temu (3 maja), ale ja tam ciągle jestem (bywam). Nie mieszkam wprawdzie w samym Hospicjum, ale na ile mogę to tam… uciekam. Tak uciekam tam z tak zwanego normalnego świata. Okazało się, że stereotyp hospicjum jako miejsca smutnego, pełnego cierpienia i śmierci jest kolejnym mitem, który – my tak zwani zdrowi – zbudowaliśmy chyba tylko po to, by mieć „kozła ofiarnego”, na którego przerzucimy nasze lęki. Okazuje się, mam nadzieję, że moi Bracia się nie obrażą, że więcej życia znajduję w miejscu, gdzie doświadczyłem ponad dwadzieścia razy śmierci w ciągu miesiąca, niż w moim domu zakonnym. Paradoks tego miejsca polega na tym, że już po pierwszej wizycie w styczniu, rozwalił mi się mój sposób myślenie, że to ja „coś tym ludziom dam”. Ja tam dostaje.

Po pierwsze nadzieję. Każdy z domowników jest chodzącym przykładem niesamowitej „nadziei życia”. Nie chodzi mi o to, że każda i każdy z Domowników siedzi na swoim łóżku z „rogalem na twarzy”. Nie, wręcz przeciwnie – na wielu z nich wyryte jest wielkie cierpienie. Nadzieja życia polega na tym, że oni sami i ludzie, którzy dla nich pracują robią wzszsytko, by żyć. Jednak nie za wszelką cenę. Życie jest tam darem, o który trzeba zadbać do samego końca, ale nie można się go kurczowo trzymać. Tak więc pielęgnuje się ludzi do samego końca i po śmierci, co sprawia – patrząc z boku – że życie jest celebrowane jako wartość niesamowita.

Po drugie pokorę. Już wspomniałem – to nie ja idę coś dać. I to – dla mnie pyszałka wielkiego – jest bardzo trudne. Ja bardzo lubiłem głosić konferencje i kazania. Lubiłem (i lubię) dzielić się tym, co jest moim doświadczeniem i wiedzą. W Hospicjum uczę się tego, że siedzenie z Panią E., która czasem nielogicznie mówi, nie potrafi skoordynować ruchów swojego ciała i patrzenie z nią w ekran TV czy po raz kolejny opowiadanie o obiedzie jest wartością niesamowicie wielką. Czy z punktu widzenia tego świata, pytanie Pana E. o to czy była dziś córka i czy użył dziś Old Spice ma jakikolwiek sens? Nie. Ale w świecie mojej z nim relacji, jest to pytanie, które sprawia, że nie zajmuję się sobą, ale w małym wycinku uczestniczę w świecie Pana E.

Po trzecie czas. Wchodząc na oddział muszę inaczej patrzeć na czas. Kiedyś, ktoś mi zadał pytanie: a co zasadniczo tam ROBISZ? I ja nie potrafiłem odpowiedzieć. Najbardziej adekwatną odpowiedzią jest słowo: JESTEM. Jestem jest związane z tym, że nie liczę czasu, że wchodząc na oddział wiem, że nie da się tej wizyty przeliczyć na roboczo – godziny.

Po czwarte bliskość i czułość. Inaczej dotyka się Pana R. – człowieka, który kiedyś ciężko pracował, jest klasycznym Kaszubem – lekko zdystansowanym, trzymającego fason gościa, który ciągle wszystko ma pod kontrolą, jak brygadzistą, którym był kiedyś. Jeszcze inaczej Panią O. – drobniutką starszą Panią, której trzeba wytrzeć buzię po wypitej kawie. A całkowicie inaczej przytulasz się do M. – trzydziesto-siedmiolatka, który siedzi na swoim wózku i bardzo lubi kontakt fizyczny. I to w cale nie jest tak, że ja im daje ciepło. Nie. Wydaje mi się, że to proste rozumowanie: kto tu komu coś daje, trzeba wyłączyć ze swojej świadomości. To sprawia, że wraca się do czegoś bardziej podstawowego – boskiego wręcz – wspólnego obcowania, przebywania, współżycia. Nie po coś, ale bycia po prostu.

Kiedy na swoim profilu FB piszę o kolejnej wizycie w Hospie, kiedy opisuję proste spotkania, z jednej strony wydaje mi się, że to ludzi nudzi, czy wręcz gorszy (czego wyrazem są komentarze tego typu: „ciągle wozisz się na umierających”), a z drugiej – po interakcji – widzę, że wszyscy potrzebujemy życia, które nie jest „po coś”, ale „po prostu jest”. Nie, nie chcę Was namawiać na bycie wolontariuszami. Wiem, że nie każdy może i potrafi. Jednak to, co wszyscy możemy, bez względu czy trafimy do Hospy czy nie, to popatrzeć inaczej na rzeczywistość, w której jesteśmy na codzień. Rzeczywistość rozumiem jako: miejsce, czas, ludzi, relacje, zadania i twarz, którą widzę w lustrze swojej łazienki – kiedy nikt mnie nie obserwuje.