Zaznacz stronę

SŁOWO

Ludzie chodzili za Jezusem, doświadczali jego mocy; chodzili, bo wyczuli w Nim kogoś, kto kocha, kto jest jak oni. Zwykły, nie jest, jak ci, których znali – uczeni w piśmie, którzy często nimi gardzili, nie żyli w ich świecie. 

Warto patrzeć na Jezusa, który jest dla ludzi; jest tam, gdzie oni są. Są na pustyni – spotyka się tam z nimi, są w domach – idzie do nich. Są w świątyni, zagląda i tam. Z celnikami, prostytutkami spotyka się w ich domach, przy jedzeniu i piciu. On nie żyje w podziale: sacrum i profanum, co więcej, w momencie Jego śmierci zasłona, która osłaniała najświętsze miejsce, została przedarta. Zauważenie tej cechy Jezusa jest szalenie ważne, by zrozumieć, co mówi Paweł i próbować wziąć to jako swój sposób na życie. 

Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!

Paweł wmówi, że głosić Ewangelię to stać się wszystkim dla wszystkich. Niewolnik dla niewolników, słaby dla słabych, smutny dla smutnych, wesoły dla wesołych. Co znaczą te hasła? To, że wychodzę z kręgu swojego interesu, z patrzenia tylko na swoje potrzeby i chcę być człowiekiem, który najpierw patrzy na innych. No to jaki jest ich świat, czym żyją, co jest dla nich ważne, co mogę dla nich zrobić. 

Chodzi o współodczuwanie. O otwarte oczy. Patrzę, bo chcę, zauważyć, że coś w ich życiu nie działa tak jak powinno. Jest we mnie wola zauważenia, że w mojej rodzinie, wspólnocie, relacji z kimś drugim coś szwankuje. Chcę najpierw zauważyć, że przestrzeń, w której się poruszam jakoś nie domaga. Dopiero potem mogę głosić Ewangelię, tak jak mówi Paweł. Wejdź w świat tego kogoś, wejdź w świat tej sytuacji. A więc zrezygnuj z siebie w jakimś wymiarze.

To bardzo trudne, bo nam się często głoszenie Ewangelii kojarzy z poprawianiem życia innych ludzi. Zobaczenia i nazwania ich grzechów i słabości, pokazania lepszej drogi i zmuszenie do zmiany. 

Mamy być wszystkim dla wszystkich. Oczywiście nie będę kobietą, ale to, co mogę, to mogę posłuchać kobiety, kiedy ona mówi o swoim świecie i nie narzucać jej męskiego widzenia. Oczywiście nie będę człowiekiem wykorzystanym seksualnie, ale nie chce iść do takiej osoby ze złotymi radami, chcę być przy niej. Mamy być grzesznikami dla grzeszników. I nie chodzi o odtwarzanie czyichś grzechów, ale świadomość, zanim otworzymy do drugiego usta, że sami jesteśmy – nie grzecznościowo, ale realnie – grzesznikami. 

Po co to? By pozyskać, przynajmniej niektórych. Nie dla siebie, ale dla Jezusa, a tu znów trzeba pokornie przyznać, że Jezus może przyjść do drugiego inaczej niż do mnie. Całkowicie inaczej, nawet poza Kościołem i sakramentami. To jest trudne.