Zaznacz stronę

Kiedyś, jeden z moich znajomych napisał mi, że słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii [KLIK] są dość fanatyczne. Myślę, że spora część z nas, kiedy słyszy słowa o zaparciu się siebie, swojego życia, a nawet jego stracie reaguje strachem, obronnie. Też tak mam. Kiedy słyszymy takie słowa, racjonalizujemy je, próbujemy w nich odnaleźć jakąś bezpieczną przenośnię, bynajmniej nie są to słowa według naszych myśli, które chcielibyśmy odczytać dosłownie.

Ta Ewangelia nie jest wzywaniem nas do czegoś, co ma niszczyć nasze życie, ale do ustawicznego rozwoju, do nieustannego wychodzenia z tego, co dla nas wygodne w danym momencie. Ta Ewangelia w bardzo radykalnych słowach mówi: wyjdź ze swoich przyzwyczajeń i pozwól sobie na ryzyko. Zrób coś w swoim życiu, co sprawi, że zamiast zazdrości innym będziesz czuł, że twoje życie ma sens.

Czasem tak jest, że dopóki nie przeżyjemy załamania, trudnego momentu, nasze życie skupia się tylko na nas, na naszych pragnieniach. Nasza siła nie może mieć źródła w naszej brawurze, ale ma być odkryta właśnie w naszym zranieniu, naszej bezsilności. Doskonale wiemy, że po pomoc pójdziemy do takiego człowieka, który sam coś przeżył. Nie pójdziemy do kogoś, kto tylko mówi o swojej odwadze, ale do człowieka po przejściach. Do kogoś, kto w jakiś sposób stracił swoje życie.

Tracenie swojego życie, to nic innego, jak wszystkie te momenty, w których wydaje się nam, że już nic nie będzie dobrze, gdy wydaje się nam, że doszliśmy do granic naszych możliwości i pojawia się moment decyzji: poddaję się, czy idę dalej. Podejmuję ryzyko zmiany swojego myślenia, działania, może nawet stylu życia, czy zaczynam tupać nogami, jak małe dziecko, które nie chce porzucić swojej piaskownicy. Bóg czasem psuje nam nasze plany, żeby nas zbawić, czyli by uczynić nas szczęśliwymi. To jest bardzo niebezpieczna chwila, bo wtedy wszyscy: Bóg, ludzie, czasem my sami, wydajemy się dla siebie wrogiem. Serce, a do tego także zły, podpowiada nam, że nie damy rady, że jesteśmy słabi, że może nawet Bóg za tym zgnojeniem stoi, bo gdyby nas kochał, to by zrobił inaczej, przyjemniej. Bóg czasem udaremnia nasze plany, by nas zbawić, albo dokładniej by nas wybawić od tego, co nas niszczy, od tego, co może kiedyś było dla nas dobre, ale dziś, po czasie zaczyna być naszym wrogiem.

Wracam do tego, co napisał mój znajomy, którego cytowałem na początku, że to zbyt fanatyczne. Tak, to jest bardzo mocne, to jest bardzo radykalne. Radykalne, bo taka jest miłość. Ona nie lubi połowiczności, cofania się. Ona jest jak skalpel. Tnie. Idzie do przodu. To jest fanatyczne, w tym względzie, że albo On jest we wszystkim, albo w niczym. I tu nie Idzie o pierwsze miejsce dla Boga, wśród wielu innych propozycji. Tu idzie o Jego nieustanną obecność we wszystkim.

Jezus stawia wymaganie nieludzkie, bo jest Bogiem. I doskonale nas zna, wie jaka jest nasza kondycja, nasza odwaga, albo jej brak. On to wszystko wie, ale stawia wysoko poprzeczkę, by nas ciągle budzić, by nas ciągle porywać do więcej. To radykalne pójście za nim wiąże się z cierpieniem, z krzyżem, ale nie dlatego, ze Bóg się pławi w naszym bólu. Każdy rozwój, każde zdrowe patrzenie na swoje życie, jest związane z ofiarą. A nasz błąd polega na tym, że za wszelką cenę chcemy skupiamy się na pozbyciu się bólu, zamiast na owocach drogi, której ten ból towarzyszysz. Tracąc swoje życie, zyskujemy je. Doskonale o tym wiedzą Ci wszyscy, którzy dają swój czas, pieniądze, uczucia, miłość innym. Ci, którzy tego nie robią ciągle mają za mało, ciągle się porównują z innymi i zawsze są sfrustrowani, nie ma z nich życia.

Chrześcijanin to taki człowiek, który czuje się osobiście związany z Chrystusem. Nie z ideą chrześcijaństwa, ale z Nim samym, a związać się z Nim, to żyć na serio, podejmując swój krzyż, nie unikając go. Równocześnie słysząc Jego głos: dasz radę, da się, tylko się nie bój, albo raczej nie daj się lękowi!