Zaznacz stronę

Pamiętacie jeszcze sprawę sprzed sześciu lat, dotyczącą Katarzyny Waśniewskiej – matki tragicznie zmarłej Madzi z Sosnowca? Można było wtedy usłyszeć od wielu z nas, mniej więcej takie słowa: Jak ta kobieta mogła tak zrobić? To wstrętna, niedojrzała, głupia matka. Nie, nie można jej nawet nazwać matką. Godna jest najgorszego potępienia.  Inny przykład. Kiedy umarła Wisława Szymborska, znaleźli się zaraz wśród nas tacy, co od razu powiedzieli, że to była zła kobieta, bo kiedyś pisała wiersze na cześć Stalina, a do tego jeszcze nie chciała księdza na pogrzebie. Wspominam o tych dwóch sytuacjach, bo były publiczne, ale warto zobaczyć te wszystkie podobne sytuacje z naszego podwórka. Sytuacje dotyczące rodziny, czy najbliższych sąsiadów.

Jest w nas, chrześcijanach, coś takiego, że w takich sytuacjach zapominamy za Kim idziemy i czego Ten ktoś nas uczy. Dajemy się ponieść emocjom, nastrojowi, mediom i robimy to w imię chrześcijańskiej prawdy. Wywlec czyjeś brudy, grzechy, zło na widok publiczny, potępić i sobie pójść. Z domysłem – niech sobie radzi, sama zgotowała sobie ten los, niech cierpi. Katolicy lubią, na mocy znajomości Boga, wydawać wyroki, opinie. Jednak kiedy to my robimy głupio, wtedy szukamy i usprawiedliwienia i poparcia w innych.

Ciąży na nas, jak mówi Paweł – obowiązek głoszenia Ewangelii, nie potępiania. Przypominam, Ewangelia to Dobra Nowina, Dobre Słowo. I Paweł uszczegóławia, że głosić trzeba wszystkim: smutnym, wesołym, zagubionym, niewolnikom, grzesznikom, zbrodniarzom. Być może nie mamy możliwości zaniesienia dobrego słowa wspomnianym Katarzynie, czy Wisławie, ale mamy możliwość zaniesienia tego Dobrego Słowa sąsiadce. To są właśnie dla nas momenty, w których okazuje się czy jesteśmy chrześcijanami naprawdę, czy tylko z nazwy.

W dzisiejszej Ewangelii spotykamy ludzi, którzy chodzili za Jezusem cudotwórcą. Nie wiemy, jakie motywacje kryły się za tymi ludźmi. Część chodziła, bo wiedzieli, że to Bóg i może dużo, część poszła, bo inni im powiedzieli. Chodzili za Nim, co nie przeszkodziło im za parę miesięcy ukrzyżować Go.

Jezus jest przez nas często rozumiany jako Mesjasz, który ma dać uciśnionym ludziom spokój, zdrowie i zapewnić dobry byt. Wiemy z Ewangelii, że chciano Go obwołać po kolejnych cudach królem. I znów, nie z wdzięczności, ale z powodu prostego mechanizmu: my Cię uczynimy naszym królem, a Ty będziesz troszczył się o nasz byt – dasz nam chleba i zdrowia. Jezus się wycofuje. Nie chce być ani królem, ani mesjaszem politycznym. Nie chce zbijać swojej popularności na cudach.

Szukamy cudów i znaków, bo lubimy nasze życie zamieniać na doświadczenie. Przyglądamy się, analizujemy, wyciągamy wnioski. Próbujemy wszystko zamknąć w jakimś schemacie, który ma dać poczucie kontroli, a w końcu osiągnąć zamierzony przez nas cel. Wciągamy w to nasze myślenie, także innych. Pod płaszczykiem ich dobra, w imię – jak mawiamy miłości – próbujemy rozporządzać swoim i innych życiem.

Zapominamy o tym, że Jezus mówił o innej logice. Logice głoszenia Ewangelii.

Warto zobaczyć jedno w dzisiejszej Ewangelii. Jezus idzie dalej. Łapie dystans. A jeśli my idziemy za Nim, to mamy się od Niego uczyć. Hiob powie: Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Czas przejdzie, pytanie jakie słowa po nas zostaną, jakie czyny?

Obyśmy byli, jak On. Obyśmy przesadzali w Miłosierdziu. 

SŁOWO