Zaznacz stronę

Od kilku dni przyglądam się z boku medialnej dyskusji o ekskomunice dla Prezydenta Komorowskiego i polityków. Od kilku już dni czytam artykuły, teksty, listy otwarte i zamknięte różnych osób, z różnej strony barykady. Czytam, słucham i zastanawiam się czemu to służy? Na pewno w tym nie ma chwały Bożej, nie ma w tym budowania tego, co można by opisać owocami Ducha Świętego, nikt się też przez to nie nawraca. Więc czemu służy to całe zamieszanie?

Godzinami siedzę „na furcie” wysłuchując ludzkich historii, proszę mi wierzyć, w Kościele (tym hierarchicznym również) dzieje się mnóstwo zła. Dobrze byłoby o ekskomunice mówić też do księży żyjących w stałych związkach, o których wiedzą ich przełożeni, nie wspomnę o innych sytuacjach, gdzie żyją w grzechu i nikt nie reaguje, a o odmowie komunii nawet się nie mówi. Dobrze byłoby wysyłać poza wspólnotę tych, którzy patrzą całymi latami na krzywdzenie różnych osób i nic nie robią, choć mają władzę. Dobrze byłoby mówić o karach dla tych, którzy za „wszelką cenę” ratują kapłaństwo jakiegoś drania. Reagujemy tylko wtedy, kiedy media się dobierają do takich spraw. Dlaczego o karach kościelnych nie mówimy w przypadku ludzi, którzy notorycznie, całymi latami znęcają się nad swoimi rodzinami, dlaczego o nich nie wspominamy w momentach, gdy podsyca się nieustannie negatywne nastroje w mediach? 

To wszystko są pytania retoryczne. Coraz mocniej jestem przekonany, że niestety dyskusja na ten temat wypływa zawsze wtedy, kiedy dotyczy TYLKO polityków określonej opcji lub tych, którzy z Kościołem mają „jakoś na bakier.

Tym samym sprowadzamy rzeczy najświętsze do polityki i naszych interesów.

Jako Kościół mamy ludzi do Chrystusa przyprowadzać, a nie budować mury, stawać na nich i lać na nich smołą odrzucenia. Nigdy Ewangelia nie stanie się atrakcyjna, jeśli poprzedzona jest taką nienawiścią i odrzuceniem jak to obserwuję w tych tygodniach. Nigdy. Mówienie prawdy o złych czynach nie musi być połączone z taką publiczną akcją.

Róbmy nasze chrześcijaństwo w taki sposób, żeby tym nieprzekonanym i tym „spoza” szczęki pospadały. Róbmy nasze życie w taki sposób, by ludzie się nawracali. Róbmy coś niesamowitego, coś co sprawi, że innym szczęki pospadają, róbmy to za darmo, róbmy z mocą i spektakularnie. Nie idźmy w kolejne formalizmy kościelne, ale wyjdźmy do innych, do potrzebujących realnie naszej pomocy, do chorych, do ludzi z pokręconymi historiami, uzdrawiajmy i wyrzucajmy złego. Nie bawmy się w oceniaczy i opisywaczy rzeczywistości, nie znaczmy innych, że są źli, zagrożeniem, ale idźmy i wszędzie uzdrawiajmy i głośmy.
 Bez podjęcia misji umrzemy w swojej religijności i teoriach pobożnych. Jeśli nasza misja nie będzie sprawianiem lepszego świata (innym), to będziemy się kręcili wokół siebie i coraz bardziej będziemy zakręceni na sobie. Będziemy wymyślać coraz to nowe problemy i zagrożenia, a potem pisać dekrety i artykuły, które będą mówiły, że „tamci są źli”. Oczywiście w Imię Boga.