Zaznacz stronę

52f75f329eb29
SŁOWO
Paweł pisze, że wielkim pragnieniem jego serca jest to, by inni przyjęli Ewangelię, którą on sam otrzymał od Pana, jako ktoś jej niegodny.
Nie wiem, jak jest w Was, ale we mnie, podobnie jak w Pawle jest silne pragnienie, by Ewangelia stawała się dla innych nie tylko jakąś teorią do wyznawania, ale Słowem, które ożywia, daje wolność w myśleniu, działaniu i w stawaniu się odważnym, wyzwolonym z wszelkiego musisz.
Jest we mnie takie pragnienie, nie dlatego, że jestem księdzem, ale widzę po dwudziestu paru latach, że Słowo Boga mnie zmienia. Jasne, że moi bliscy, moi współbracia znajdą milion moich grzechów i wad, ja sam też to potrafię zrobić. Jednak pomimo ich obecności w moim życiu, widzę jak się zmieniam, jak mężnieję, dojrzewam. Ewangelia staje się moją pasją.
Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie.
Jezus daje nam Ewangelię, która ustawia nas do pionu, mówi w Niej, że On jest najważniejszy.
Jest jeden tylko jeden cel chrześcijaństwa, katolików, protestantów, prawosławnych. Celem jest pokazywanie Ojca. Nie siebie czy swojej pobożności.
Nie jestem godny głoszenia, ale to robię. Nie jestem godny bycia Jego uczniem, ale nim jestem. I szczycę się tym, że nie jestem tego godzien. To jest moja polisa bezpieczeństwa. Dzięki niegodności Bóg ciągle jest mi potrzebny.
Dobrze być chrześcijaninem, bo mogę odkrywać to, że będąc grzesznikiem Pan pozwala mi być apostołem. Poronionym słabym, nie mającym żadnej mądrości, pewności, niczego. Poroniony to odrzucony, martwy, bez przyszłości. A jednak z Nim poroniony znaczy pełen nadziei.
Ponad 100 pielgrzymek, spotkania, encykliki, dokumenty i orędzia – całe mnóstwo słów. Niektórzy mówią, że każdy katolik powinien się z tym zaznajomić, studiować, czytać i rozważać.
Nie sądzę by była taka konieczność. Nie sądzę też, by gesty takie, jak często wyśmiewane dialogi Papieża z ludźmi, jak ten w Wadowicach o kremówkach i wspomnieniach z młodości były mniej ważne od papieskich encyklik.
Tak czytający papieskie dokumenty, jak i zostający na poziomie kremówek, muszą wrócić do Ewangelii, bo tylko Jezus jest Zbawicielem. Tylko On jest w stanie pokazać nam Ojca i Jego miłość do człowieka.
Zapominamy, chyba dość często, że świeci, w tym Jan Paweł II, są tylko dowodem na to, że każdy i każda z nas może być świętym.
Przecież Papież w tych wszystkich dokumentach, pielgrzymkach nie mówił nic innego nad to, by zawierzyć Jezusowi, by Jemu powierzyć swoje życie.
My, dziękujemy dziś Bogu za dar kanonizacji Jana Pawła II. Co znaczy dziękować komuś za dar? Przecież nie chodzi o ładny uśmiech i piękne słówka. Najlepszy podziękowaniem jest przyjęcie daru i korzystanie z niego na co dzień.
Z przeżywaniem kanonizacji może być, jak z przeżyciem Wielkanocy. Przygotowywaliśmy się do niej przez 40 dni, wiele pracy, napięcia i kiedy przyszła, niepostrzeżenie okazało się, że to już minęła. Dzieje się tak, kiedy źle postawimy akcenty, kiedy to Wydarzenie staje się celem.
Kiedy Jezus zmartwychwstał, wszystko było tylko początkiem nowego objawiania się Jezusa. Trzeba było się uczyć dostrzegania Jego obecności w małych niepozornych gestach: uśmiechu, łamania chleba, rozmowie, spacerze.
Podobnie jest z kanonizacją papieża, nie chodzi o wydarzenie sprzed przeszło tygodnia, ale umiejętność szukania Jezusa w naszym życiu. Tego nas uczył święty Jan Paweł: każdy gest, słowo, nawet te kremówkowe dialogi, mówią o tym samym – Jezus jest obecny wśród nas. On nam przypominał Ewangelię Jezusa.
Jeśli nie ma w nas nawrócenia do Jezusa, nie ma w naszym życiu szukania Jezusa w drugim człowieku i naszej zwykłej, szarej codzienności, to patrzenie na Jana Pawła jest bałwochwalstwem.
Dziękując Bogu za Jana Pawła II, patrzmy dobrze na naszą codzienność, patrzmy na to, co jest dziś i wytężajmy nasze siły ku temu, co przed nami, a nie czyńmy z naszego Kościoła muzeum, w którym wspominamy dawne czasy i słowa.
Dziękować, to głosić Ewangelię, czyli nadzieję, że życie każdego człowieka ma sens. Również tego, którego nie cierpisz. To musi się stać naszą pasją, aż do tego stopnia, że zaczniemy za to płacić cenę życia. Umierania powoli, każdego dnia coraz mocniej i bardziej, choćby w darze niezrozumienia przez innych i niemożności realizowania swoich pragnień i marzeń.
To nic, że czujesz się czasem jak poroniony płód. Liczy się tylko to byś patrzył na Jezusa. Wtedy wszystko, choć dalej może być nieprzyjemne, nabiera sensu, bo jest miejscem spotkania Zmartwychwstałego.