Zaznacz stronę

SŁOWO

Słyszymy dziś kontrowersyjne słowa o małżeństwie. Kiedy nad tym myślałem, doszedłem do wniosku, że idzie tu o dystans. Paweł trochę przejaskrawia, wydaje się, że mówi właśnie o dystansie do sposobu swojego życia. Mówi o małżeństwie, jednak równie dobrze można by to powiedzieć o życiu w samotności, czy we wspólnocie.

Widać, w tym krótkim fragmencie, echo jednej z ważnych cech Boga. Mianowicie, tego, że Bóg jest o nas zazdrosny. Bóg chce naszego serca dla siebie. Nie w tym sensie, że wszystko jest złe i niepotrzebne. Chce być pierwszą miłością. Miłością, do której odnosi się wszystkie inne sprawy i relacje. Nie wystarczy nam wypisać hasło: Chcemy Boga, na takim, czy innym sztandarze naszego życia, powiedzieć znam Cię Boże. Trzeba Go, idąc za przykładem Jezusa, wcielić w życie. Dopiero stanie się jednym z nas, pokazało, że Bóg naprawdę ukochał człowieka ponad wszystko. Mówienie o miłości jest dość proste. Pokazanie jej w małych codziennych sprawach, jak sumienność, odpowiedzialność za nasze małe poletka, jest już bardzo trudną sprawą.

Tak interpretowane słowa Pawła, jako nawołanie do dystansu, kojarzy mi się z pewnym ćwiczeniem, które św. Ignacy, każe zrobić komuś, kto odprawia jego rekolekcje. Mówi, zamknij oczy i wyobraź sobie, że umarłeś. Leżysz w trumnie, jesteś nieboszczykiem. Twoje ciało się rozkłada, a później rozsypuje w proch. Później Ignacy poleca, by z tej perspektywy popatrzeć na swoje relacje, siebie samego, swoje problemy.

To, co proponuje Ignacy w swoim ćwiczeniu, koresponduje z tym, co wielokrotnie mówił Jezus. Kto chce zyskać swoje życie – straci je. I tu nie chodzi tylko o fizyczność. Tu idzie o ową stratę w naszym umyśle, sercu. Trzymamy się kurczowo tego, co nam daje nie życie, a poczucie szczęścia, bo jest bezpieczne. Trzymamy się kurczowo innych ludzi, przekonań, nie dlatego, że czynią nas szczęśliwymi, ale dlatego, że nie wyobrażamy sobie byśmy mogli znaleźć szczęście w sobie.

To jest właśnie to, co dziś głosi nam Paweł. Jesteśmy w utrapieniu, zmęczeniu. To troszczenie się o sprawy Pana nie jest siedzeniem w kościele, nie jest nieustannym odmawianiem paciorków. Jest właśnie ustawieniem sobie priorytetów. Stąd te ćwiczenie ze śmiercią. Byśmy przekłuli ten nadęty balon naszego życia. Tych wszystkich konwenansów, mówienia, że zawsze tak było. To ćwiczenie nie ma się skończyć na poziomie wiedzy, że ja wiem, że potrzeba mi dystansu. Nie. Ma trwać na poziomie świadomości i później działania lub nie działania. Jak w dzisiejszej Ewangelii. Zły duch wiedział doskonale, kim jest Ten, który przed nim stanął. I nic to nie zmieniło.

Dokładnie o tym samym mówi Księga Powtórzonego Prawa. O prorokach. Są dwa rodzaje. Prawdziwi i fałszywi. Prawdziwy to taki, który wie i żyje tym, w co wierzy i o czym wie. Fałszywy to taki, który tylko wie i robi coś całkiem innego. I jak mówi Autor taki umrze. Dokładnie. Umiera każdy człowiek, który udaje, że żyje.
Dlaczego to takie ważne, by być prawdziwym prorokiem przede wszystkim najpierw dla siebie? Bo tylko wtedy możemy żyć. Ludzie ciągle przygotowują się do szczęścia, nie chcą nazwać szczęściem tego, co jest ich życiem teraz. A ta umiejętność jest konieczna, no bo kiedy nauczymy się rozpoznawać to szczęście? Utopią jest głosić fałszywy pogląd, że kiedy zmienią się warunki zewnętrzne (i tu każdy z nas może wstawić sobie swoje bolączki), to zaczniemy być szczęśliwi. Nie. Co najwyżej będzie nam, na jakimś poziomie wygodniej. Nic więcej.