Zaznacz stronę

SŁOWO

Boga można uwielbiać na dwa sposoby. Pierwszy –  chyba najbardziej rozpowszechniony wśród katolików: uwielbiam Boga, uniżając siebie, a najlepiej upokarzając siebie, i oskarżając się w nieskończoność. Czyli, czym mniejszy ja, tym większy On. Maryja ze swoim Magnificat uczy nas drugiej – całkiem innej postawy. Ona chwali się przed Bogiem. Mówi wprost, że doświadcza wielkich rzeczy, że będą ją błogosławić wszystkie narody.

Żyjemy często w swoistej schizofrenii, polegającej na tym, że z jednej strony chcielibyśmy się pochwalić, pokazać innym, a z drugiej – nasze wychowanie, nasze kompleksy nie pozwalają nam na to, a do tego jeszcze   dochodzi źle pojmowana religijność, która mówi, że nie wolno się chwalić i trzeba się uniżać. Dajemy się złapać na takie myślenie, że być pokornym to być człowiekiem obitym.

Tymczasem nasze serce i Ewangelia zachęca nas do tego, by podnieść głowę i być dumnym, by umieć powiedzieć, co jest moim sukcesem, co jest moim obdarowaniem, by powiedzieć moje życie jest dobre, pomimo porażek, bo jest w nim mnóstwo dobrych spraw i rzeczy, którymi mogę się przed sobą, innymi i Bogiem pochwalić.

Jeśli słowo Boga ma być prawdą o nas, a Bóg nam ciągle przypomina, że jesteśmy jego ukochanymi, to musimy przyjąć konsekwentnie to, co On nam ofiaruje. A ofiaruje nam przypomnienie o naszej wielkiej godności. Pamiętacie z początku adwentu – podnieście głowy, zbliża się Wasze odkupienie? No właśnie, podnieśmy je w końcu.

W pierwszym czytaniu zauważmy jedno zdanie: To ja jestem ową kobietą. To ja jestem. Warto siebie zauważyć. Warto siebie innym pokazać, pokazać sobie i Bogu. Nie bójmy się zaznaczać swojej obecności i swojego bycia. To nie pycha, to oddanie chwały Bogu, to ucieszenie się swoim życiem, dowartościowanie Bożego daru. A więc chwalmy się dziś, bo to jest paradoksalnie uwielbienie Boga.