Zaznacz stronę

Napisałem książeczkę dla mężczyzn. Współ-zakładałem profil BANITA. Współprowadziłem różnego rodzaju rekolekcje dla mężczyzn. Rozpocząłem w Krakowie Msze w intencji mężczyzn, a przez chwile były dedykowane tylko mężczyznom. Kupiłem sobie miecz, jako symbol mojej walki ze złem. Eldredge znam prawie na pamięć.

W swojej działalności często używałem zwrotów typu: „prawdziwy mężczyzna”. Robiłem tak dopóty, w jednym z haseł powołaniowych napisałem: „To (jezuici) jest tylko dla prawdziwych mężczyzn”. Wtedy odezwał się do mnie Michał – mój były współbrat, wtedy już mąż i ojciec i psycholog. Napisał mi mniej więcej coś takiego: Kramer, co ty pierd…, że niby ja nie jestem prawdziwym mężczyzną, bo nie jestem jezuitą? Ktoś inny mnie zapytał: a jaki to jest nieprawdziwy mężczyzna?

Moja reakcja była obronna. Jednak pozwoliłem sobie na skonfrontowanie się z tymi prostymi pytaniami. Zobaczyłem, że wiele z mojego gadania o prawdziwej męskości, połączonej z duchowością jest tak naprawdę próbą zakamuflowania moich zranień (również dotyczących męskości) i moich kompleksów.

Całkiem niedawno temu prowadziłem nabożeństwo do Serca Jezusa. Postanowiłem wziąć na nie jeden z tekstów z mojej książeczki Męskie Serce, napisanej na kanwie Litanii do Serca Jezusa. Zobaczyłem jak bardzo tę książeczkę zubożyłem zwracając się w niej zasadniczo do mężczyzn i przypisując wiele uniwersalnych spraw – mężczyznom właśnie. I choć jestem z niej bardzo dumny i lubię ją dalej, po latach, to dziś napisałbym ją inaczej.

Czy stałem się poprawny politycznie, że nie chcę już chwalić się swoim mieczem, mówić o walce, męskości, tak jak kiedyś to robiłem? Nie. Owszem, biorę pod uwagę dzisiejszą wrażliwość ludzi, ale przede wszystkim zobaczyłem, że kompletnie nie jest mi to do niczego potrzebne, że Bóg kocha człowieka. I chodź, z naszej ludzkiej perspektywy, to czy jestem mężczyzną czy kobietą jest ważne, to od strony Boga jest, według mnie, inaczej. On widzi w nas swoje dziecko.

Nie to nie jest wpis przeciw Akcji Wojowników Maryi. Choć mi z nimi nie po drodzę, szanuję ich duchowość, inną od mojej. Widzę siebie, parę lat temu, poszedłem dalej. Nie jestem lepszy, ale moja droga ewoluowała. Tak jak kiedyś bardzo fascynowała mnie duchowość charyzmatyczna, tak z momentem poznania Ignacego i Jego duchowości, zrobił krok dalej. Podkreślam – dalej, nie znaczy lepiej. W duchowości te kryteria są niepotrzebne.

Dziś, zamiast mówić walczyć ze swoimi słabościami, wolę myśleć i mówić o pracy nad swoimi słabościami. Ta zamiana słów, pokazuje mi konieczność miłości do siebie, jako fundamentu rozwoju, a nie ciągłego napinania się.

Z biegiem lat odkrywam, że w chrześcijaństwie nie chodzi o idealizm. To pogaństwo. Platon sobie wymyślił idee. W chrześcijaństwie chodzi o świętość, a więc przezywanie każdej swojej rzeczywistości, w obecności Boga, który sprawia, że ja staję się święty. W świętości chodzi o Niego, nie o mnie.