Zaznacz stronę

Bierzemy udział w dramatycznej opowieści, nie dlatego, że czeka nas jakiś Armagedon, ale dlatego, że trwa walka o serce każdego człowieka. Wiem, że ktoś może powiedzieć, że to takie słodkie gadanie o sercu, gdy tymczasem trzeba walczyć o prawdę, o wartości chrześcijańskie, o moralność. Też, ale najpierw o serce. A dokładnie o pragnienia w sercu.

W Kościele istnieje rozpowszechnione przekonanie, że bycie chrześcijaninem w jakiś sposób zaspokaja wszystkie pragnienia. Co za nonsens! Augustyn podkreślał: „Całe życie dobrego chrześcijanina jest świętą tęsknotą za tym, czego żarliwie pragniesz, lecz jeszcze tego nie możesz widzieć”. Zatem: „Nie bójmy się mieć tęsknot, gdyż mają być one zaspokojone (…) Tym jest nasze życie – ćwiczeniem się poprzez tęsknotę”. I tu znowu jest tajemnica. Tęsknota prowadzi gdzieś na końcu drogi do pełni. Tymczasem być zadowolonym to nie to samo co przeżywać pełnię (J. Eldregde).

Nie bać się pragnąć – o to mam walczyć. Człowiek, który pragnie, realizuje pragnienia, jest szczęśliwy. A napięcie w realizacji pragnień zawsze będzie. Bo tu na ziemi nigdy ich do końca nie zrealizuję.
Ludzie wierzący (różnych ‘opcji’) miewają tendencje, by zajmować się szukaniem problemów, w sobie i innych, byleby nie zająć się prawdziwym nawróceniem, czyli zmianą swojego myślenia o innych, sobie i Bogu. Wolimy skupiać się na wielkich sprawach, mówić, że to sąsiedzi, rząd, czy inni w Kościele mają się zmienić. Łatwiej nam skupiać się na tym, czy przy modlitwie klękać czy stać, zamiast zobaczyć, na ile rzeczywiście moja modlitwa przemienia życie.

Jako chrześcijanin mam szukać dobra w drugim, nie zła. Dość łatwo przychodzi mi mówienie złych rzeczy, nawet prawdziwych, o drugim człowieku, trudniej przychodzi mi pochwalić drugiego. Nawet na wyrost. Taki sposób życia, w którym skupiamy się na dobru, nie na złu, jest bardzo trudny, ale możliwy. To kwestia naszej decyzji. Tak czytam tę Ewangelię. Ewangelię o Bogu, który przychodzi dawać życie, nie potępiać. O Bogu, który ma pasję człowieka.

Lubię ten moment w mojej modlitwie i pisaniu, kiedy dochodzę do etapu gdy już wszystko wiem, a za chwilę, w ciszy Bóg mi to rozwala i znów wychodzę nic-niewiedzący, pusty, a przez to jeszcze bardziej bezbronny. Lubię ten moment, kiedy Bóg zabiera mi moją pewność siebie i swoich poglądów i zostawia swoją pustkę. Lubię ten moment, kiedy rzeczywistość jest pełna ludzi, którzy lepiej się ode mnie znają na różnych rzeczach i sprawach. Lubię to wszystko, bo to jest ten moment, kiedy wiem, że Bóg tak umiłował świat i mnie, że Syna swojego dał, bym miał życie wieczne. A więc życie od Niego, nie od siebie, swojej mądrości i przebiegłości. Życie wieczne to nic innego, jak życie Boga we mnie.

SŁOWO