Zaznacz stronę

Pani Katarzyno!
Proszę Panią, jako mężczyzna – niech Pani nie zabija swojego Dziecka, albo jak Pani woli „swojej zygotki”.
Wiem, że to Pani życie, że ta ciąża była Pani decyzją, jak Pani decyzją może być aborcja w Wigilię Bożego Narodzenia. Nigdy nie potępiałem kobiet, które to zrobiły. Spotkałem w swoim życiu kilka kobiet i mężczyzn, którzy podjęli taką decyzję. To nie są jakieś wirtualne przykłady, ale konkretne żywe osoby. Niektórzy z nich nawet nie mieli świadomości zła, którego dokonali, kilkoro z nich nigdy nie odczuwało wyrzutów sumienia. Różne są ich historie, motywacje i konsekwencje tej decyzji.

 Pani Katarzyno!
Jestem księdzem, od przeszło pięciu lat mam to szczęście „słuchać spowiedzi”, to znaczy, że przez cały ten czas mam okazję być świadkiem Bożej Miłości i Miłosierdzia. Nie wspominam tego, by zadeklarować publicznie moją modlitwę za Panią, ale dlatego, że  przez te pięć lat nauczyłem się nie potępiać nikogo, bo i On nigdy mnie nie potępił. Nie potępiam Pani, nie pomstuję nad Pani deklaracją.
Kiedy rankiem mój Przyjaciel Konrad pokazał mi Pani tekst, nie mogłem go przeczytać w całości. Dopiero później trochę było we mnie mniej emocji. Ten list przypomniał mi pewne trudne doświadczenia z mojego życia. I pierwsze, co poczułem to smutek. Smutek z powodu braku obok Pani mężczyzny – ojca dziecka. Nie wnikam w Pani życie osobiste, ale tego człowieka mi zabrakło.
Od lat jestem przeciwnikiem aborcji. Na początku to była intuicja religijna, ale z biegiem lat w tej kwestii nie potrzeba mi angażować argumentów religijnych. Parę zdjęć, faktów z biologii wystarczyło mi do tego, by być przeciwnikiem tejże. Równocześnie nie powiedziałem nigdy żadnego złego słowa w stronę kobiet, które to uczyniły. Nie znam ludzkich serc.

Pani Katarzyno!
W swoim tekście pisze Pani. „Czasem zadaję pytanie różnym osobom, co zrobisz w momencie, gdy naprzeciwko ciebie pojawi się osoba która powie jestem w ciąży i chcę ją przerwać”.
Właśnie do tego zdania chcę nawiązać w zasadniczej części mojego listu do Pani. Właśnie teraz znajduję się w takiej sytuacji.
Stanęła przede mną taka osoba. Nazywa się Katarzyna Bratkowska. I rozumiem, że mnie – Grzegorza Kramera pyta, co zrobię? Pani Kasiu (mogę tak?) cały dzień myślę nad tym, co chcę napisać. Chcę adoptować Pani Dziecko. Tak wiem, jestem zakonnikiem i księdzem. Dla mnie osobiście będzie się to równało z odejściem z zakonu i rezygnacja z kapłaństwa. To będzie rewolucja dla trzydziesto-siedmioletniego mężczyzny. Ta odpowiedź jest poważna i nie jest żadnym medialnym zagraniem.
Wierzę, że jest Pani poważną kobietą, przynajmniej tak jak ja. Dlatego zrobię wszystko by moja publiczna deklaracja dotarła do Pani. Proszę wziąć ją serio. Jeśli naprawdę nie jest Pani wychować tego Dziecka, ja się tego podejmę. Mówię bardzo serio. Cały dzień o tym myślę i dużo się w tym temacie modliłem.

Pani Katarzyno!
Proszę o odpowiedź. Póki co proszę przyjąć moje szczere życzenia świąteczne. Życzę Pani dobra i spokoju w te Święta.