Zaznacz stronę

MSZA ZA PAPIEŻA

Dziś, we mnie jest już mniej emocji.
Wczoraj, nie było moją intencją ocenianie Papieża Benedykta, a jedynie podzielenie się tym, co JA czuję. Jeśli ktoś odebrał te kilka słów napisanych na kolanie, jako ocena decyzji, to proszę wierzyć – nie to było moją intencją.
Co dziś?
Dziś rano miałem Mszę na Łagiewnikach. Większość uczestników to siostry. Takie niewyspane, zmęczone siostry, przed którymi (większością z nich) był cały dzień pracy. Patrzyłem tak sobie, na te spracowane kobiety i zastanawiałem się, co One o tym wszystkim myślą? Nie wiem, jaka jest odpowiedź. Ale jedno, co mi pomogło, a wyczytałem z większości twarzy, to zaufanie Bogu.
Popołudniu spotkałem się z małżeństwem, które przeżywa wielką tragedię (proszę o modlitwę za nich) i jedno, co byłem w stanie im powiedzieć i powtarzać, to prawdę, że Bóg jest dobry i nigdy nie był przeciw nim. I to zdanie dało początek, mam nadzieję, uzdrowienia. Pojawił się nieśmiały uśmiech na ich twarzach.
Te dwie sytuacje pokazały mi to, co wczoraj gdzieś między zdaniami próbowałem powiedzieć. Chodzi o Pana Jezusa w tym wszystkim. I dziś, po wczorajszym niezrozumieniu (nie potępieniu) decyzji Papieża, jestem w stanie Go bardziej rozumieć. Myślałem też o tej sytuacji, o której wspomniałem z mojego życia, której nie przeżyłem dla tego, że ja jestem silny. Przeżyłem (też fizycznie), bo to Bóg mnie wybawił i podniósł, nie ja – sam siebie. Dziś bardziej Benedykta rozumiem. Dziś myślę o Jego samotności. Dziś myślę o tym, co może czuć. Jak z jednej strony – wedle tego, co sam oświadczył – pewności słuszności swojej decyzji, a z drugiej presji Kościoła i pytań, które muszą się pojawiać. Pytań, o to, czy dobrze zrobiłem? Póki chodzimy po ziemi zawsze będziemy mieć wątpliwości i On też je zapewne ma.
Dziś – choć może to dziwnie zabrzmi – chciałbym do Papieża pojechać i pomilczeć z Nim. Wiem, że w takich momentach człowiek chce milczeć, nie tłumaczyć, ale milczeć.
Dziś, po wczorajszych emocjach i niezrozumieniu, jestem w stanie bardziej zrozumieć mojego Papieża.

Ojcze Święty!
Chcę Ci, Ojcze powiedzieć, że jesteś dla mnie mocarzem. Mocarzem w słabości. Bo choć sam słabniesz, bo choć po ludzku się poddałeś, to właśnie okazujesz się mocarzem w tym, że potrafisz odejść, w momencie, w którym możesz to zrobić świadomie i dobrowolnie. Robisz coś, co tak naprawdę bardzo mi imponuje. Znam wielu, różnego szczebla przełożonych w Kościele, którzy nie mają takiej odwagi. I dorabiają ideologię o służbie, do nieumiejętności odejścia. Ty ją masz.
Chcę, Ci Ojcze, podziękować za trudną lekcję męstwa. I też za to, że wiem, że nawet gdyby mój wczorajszy głos do Ciebie dotarł, to byś się nie obraził, ale pomilczał razem ze mną, jak ja dziś, pomilczałbym z Tobą.
Gdzieś dziś przeczytałem, że miałeś po swoim wyborze, idąc na balkon, by się pokazać ludziom, powiedzieć do naszego Pana: „ja tego nie chciałem, nie umiem tego robić, więc mi teraz pomóż”. Nie wiem czy padły takie słowa naprawdę, ale one mnie trochę obudziły, bo mówię takie same, albo podobne, zawsze kiedy staję przed ludźmi i mam im mówić o Panu.
Ojcze święty, chcę Ciebie i Twojego następcę zapewnić o mojej lojalności. Kiepski czasem ze mnie jezuita, ale jakiś jest. Odczuwam swoją małość i słabość, tak jak Ty odczuwasz swoją. Znam swoje ograniczenia, jak Ty znasz swoje i wiem, że pomimo nich Chrystus nas chce. Mnie tu, w Krakowie, a Ciebie tam – w Watykanie, za parę tygodni w klasztorze.
Benedykcie, teraz wiele osób będzie się za Ciebie modliło, później może już mniej. Chcę się za Ciebie modlić, bo wiem, że do końca życia będziesz się pytał samego siebie, czy dobrze zrobiłeś? I wiem, że Pan Cię będzie umacniał, ale wiem, że czasem tracimy to umocnienie.
Twoje odejście jest dla mnie kubłem zimnej wody na otrzeźwienie. Lubię głosić Boga dobrego, Boga który jest dobry. Sam pisałeś o Nim, że jest Miłością. Ale póki co żyjemy w świecie dotkniętym i słabością i śmiercią. I Ty mi teraz o tym przypominasz. Przypominasz, że dobroć Boga to nie jest ciepły misiu do przytulania.
Ojcze święty, jesteś dla mnie Starcem, w sensie takim jak Ci, których spotykam w swoim życiu i swoją starością mnie uczą, co znaczy rozumieć życie. A widzę po nich, że czym więcej lat, tym mniej rozumiemy.
Dziękuję Ci Ojcze Benedykcie. Naprawdę uważam, pomimo tego, co wczoraj czułem, że jesteś Benedyktem Wielkim, właśnie przez pokazania swojej słabości.
Masz moją modlitwę.
Grzegorz – jezuita.
PS. Wczoraj mój serdeczny kolega Piotr zadedykował CI piosenkę, dziś ja to robię. Jej słowa – tak mi się wydają – bardzo muszą oddawać Twoją modlitwę, w tym czasie.