Zaznacz stronę

Od wczoraj w różnych dyskusjach na temat tego, co zarzuca się ks. Stryczkowi, pojawia się jak refren zdanie mniej więcej tej treści: jeśli przez tyle lat był obecny mobbing w Wiośnie, to dlaczego nikt tego nie zgłosił odpowiednim władzom. To, co napiszę nie jest komentarzem do tekstu Janusza Schwertnera, ale wykorzystuję tę sytuację by skomentować zarzut przedstawiony powyżej.

Przed laty pracowałem jako nauczyciel religii w dość małej szkole. dwudziestu paru nauczycieli, ponad setka uczniów. I ona – pani dyrektor. Zawsze kiedy wzywała do gabinetu, to padało: siadaj. Zawsze, od pierwszego spotkania mówiła do mnie per :”ty”. W szkole każdy nauczyciel się jej bał. Nikt jednak nie odważył się ani przeciwstawić, ani zrobić czegokolwiek, co mogłoby pokazać, że nauczyciele mają swoje zdanie. Pani dyrektor nie znosiła sprzeciwu. Wiele zależało od jej humoru, jak była w dobry, to można było wiele załatwić, kiedy ten się kończył, nigdy nie wiedziałeś czy dziś odpowie na „dzień dobry”, czy zmierzy cię wzrokiem tak, że pójdzie w pięty, czy po prostu ochrzani jak zwierzaka.

Przez pięć lat słuchałem wiele historii o tym jak wszyscy marzą o tym, by w końcu jej już nie było, jak marzą o tym, by w szkole rządził ktoś, kto słucha i kogo nie trzeba się bać. Kiedy jednak przychodziło do spotkania z nią to nikt nie miał odwagi do przeciwstawienia się. Też się jej bałem.

W moim ostatnim roku uczenia, okazało się, że pani dyrektor chce być kolejną kadencję dyrektorem, przepisy pozwalały na to, by odbyło się to bez konkursu, ale potrzeba było pozytywnej opinii grona pedagogicznego. Podczas tajnego (sic!) głosowania (w sensie – ona miała nie wiedzieć kto i jak głosował), podczas którego jej nie było, wszyscy zagłosowali „za”. Ja się wstrzymałem. Stwierdziłem wtedy, że to jedyna szansa, by w ten sposób pokazać sobie i innym, że nie musimy się bać. Już na drugi dzień zostałem wezwany na dywanik i usłyszałem: „siadaj i mów, co masz przeciwko mnie”…

Życie jednak płata figle i na wiosnę, kiedy miał zostać ogłoszony werdykt, okazało się, że jednak konkurs będzie i pani dyrektor go nie przeszła. Przestała rządzić po kilkunastu latach. Ze szkoły odeszła i ona i ja.

Wspominam o tej historii (bardzo pobieżnie), by powiedzieć o tym, że ludzie nie zgłaszają takich historii, bo się po prostu boją. Najbardziej o pracę i dochody, o to, że zostaną w oskarżeniu sami, bo inni boją się jeszcze bardziej. Ja, jako mężczyzna i do tego ksiądz, bałem się tego, że będzie to wyglądało niepoważnie: „nie dałeś rady z dyrektorką?”, bałem się, bo w tym mechanizmie wychodzą najsłabsze strony człowieka, jego kompleksy i zranienia. A to, co najtrudniejsze to fakt, że bardzo często osoby stosujące mobbing nie wykraczają poza ramy prawa. Nie ma nich „haków”, można opowiedzieć o swoich wrażeniach, odczuciach, a to jest – jak wiemy – łatwe do podważenia. Widziałem na codzień strach w oczach zwykłych nauczycielek, młodych i starych, to naprawdę było bardzo dziwne, że nauczyciele boją się dyrektorki bardziej od uczniów, których uczyła. Oczywiście nie chodzi o licytację, kto miałby bać się bardziej.

W mobbingu, bardzo często nie chodzi – jak wspomniałem – o konkretne działania przeciw prawu, ale o to, jak psychicznie można zgnoić człowieka, który czuje, że jest sam, że aby nie stracić pracy, opinii, i na wartości w oczach innych, nie będzie się wychylał. A czas sprawia, że spirala strachu nakręca się coraz bardziej.

Ja z tej konkretnej sytuacji wyszedłem z tarczą, ale to dlatego, że zbiegły się dwie okoliczności: koniec jej kadencji z moim zwolnieniem z powodu wyjazdu z kraju. Odważyłem się na konfrontacje. Jednak ona już nic nie wniosła do mojego życia zawodowego w tej szkole. Mam nadzieję, że zostawiła tylko w niej naukę, że nie można zastraszać ludzi.

Komentarz „dlaczego tego nie zgłaszali” brzmi często jak porada skierowana do osoby w depresji:”weź się w garść„.

Ps. Po kilku latach poszedłem na rozmowę do nowej szkoły, dyrektor zaprosił mnie do gabinetu, podał krzesło i zapytał: „napije się ksiądz kawy?” I wiecie co? Pierwsza myśl, kompletnie nie racjonalna, która się pojawiła w mojej głowie: „chce mnie otruć”. Nawet nie wiedziałem, że ten strach tak mocno jest wpisany w moje myślenie. Musiało minąć kilka tygodni zanim naprawdę uwierzyłem, że można mieć nad sobą dyrektora i nie musieć się bać.