Zaznacz stronę

Sześć lata temu powstał projekt BANITA. Przez długi czas często słyszałem pytanie: dlaczego Banita, skąd taka nazwa? Zawsze odpowiadałem tak samo: Bo On (Jezus) był Banitą. Jezus był wykluczony przez swoich ziomków i to nie było złe.

Przychodzi do swoich, a przed Nim przyszły plotki na Jego temat i o cudach oraz znakach. Myślę, że w Nim – tak po ludzku – było duże podniecenie. To przecież początek Jego działalności. Dużo dobrych rzeczy się dzieje w Jego życiu. Doświadcza potwierdzenia swojej tożsamości, tego że jest Synem Ojca; robi dobre rzeczy, mówi dobre słowa. Naturalną rzeczą jest, że kiedy się dzieją dobre i wielkie rzeczy, chcemy je pokazać też swoim bliskim i przyjaciołom. On jest w tym bardzo podobny do nas.

Później, kiedy zderza się z brutalną rzeczywistością niedowierzania, słyszy, że oni doskonale Go znają, więc niech nie wyskakuje przed szereg. Ma się dostosować do swoich rodaków.  Ma nie mówić do nich tak, jak oni nie chcą.

Jest taki moment w byciu chrześcijaninem, że trzeba mieć odwagę do tego, by powiedzieć: musi się polać krew. MOJA KREW. Moment, w którym muszę umieć zgodzić się na to, że nie zostanę miło przyjęty, że nie będą mi klaskać. Jest taki moment, w którym nikogo nie nawrócimy, nie zmienimy nic w otaczającej nas rzeczywistości, kiedy staniemy przed niemocą drugiego człowieka (zawinioną i nie), przed swoją niemocą i nic nie zrobimy.

Warto wtedy odważnie sobie powiedzieć, że to nie jest czas stracony, ale czas poprzez który Pan chce nas czegoś nauczyć. To jest czas, w którym możemy nawrócić siebie – zmienić swoje myślenie. Czas, w którym możemy sobie przypomnieć, że nie chodzi o nas, ale o Pana.

Tego, jako chrześcijanie musimy się nauczyć, bo to jest droga do wolności. Do tego, by nie być zależnym od ludzi i ich opinii oraz tego wszystkiego, co sprawia, że zakładamy różne maski w zależności od okoliczności.
Nie chodzi o wolność w dokopywaniu innym. Chodzi o przelewanie mojej krwi. To ja mam się uczyć wolności od innych.

Jest taki ważny szczegół w tej Ewangelii. Jezus nie mógł zdziałać tam żadnego cudu, ze względu na ich niedowiarstwo. Czasem się usprawiedliwiamy, że nie idziemy z konkretnym działaniem, wypływającym z Ewangelii do innych, bo nie ma sprzyjających warunków. Łatwo przychodzi swój strach, niekompetencje usprawiedliwiać innymi: ich niemocą i niewiarą. To świetnie widać w argumentacji wielu księży. Łatwo dziś przychodzi zwalać winę za odchodzenie ludzi od Kościoła na zły świat, sekularyzację, polityków, media, brak wiary w świecie. On działa inaczej. Na kilku chorych włożył ręce i ich uzdrowił. Nie ma tak naprawdę przestrzeni przegranej; nie ma ludzi, dla których nic się nie da zrobić.
 Pójść i głosić nawet jeśli wydaje się to beznadziejnie ciężkie.
 Chrześcijanin nie może się użalać nad sobą. Jeśli się to pojawia, to trzeba się szybko z tego nawrócić. Nie możemy tkwić w stanie, w którym sobie na to pozwalamy.

Zauważcie, że Jezus się zdziwił. Można Boga zadziwić tylko tym jednym, że przychodzi do nas, a my nie chcemy. Przychodzi, by dać nam: siłę, uzdrowienie, wolność i swobodę działania, a my nie chcemy. Bo mamy swoją wymówkę: Ja Cię znam, można by dodać: ja siebie znam. Znam swoje możliwości, więc mi tu nie wyjeżdżaj z jakimiś cudami w moim życiu. 
Można się Bogiem zachwycić, albo raczej tym wszystkim, co około Boga. Można mówić za Jego ziomkami: skąd On to ma? Można się zachwycać świetnymi książkami jeszcze lepszych autorów, duchowością wszelaką, liturgią i nic z tego może nie wynikać.

Ewangelia kończy się zdaniem: Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. Idźmy do tego, z czego wyszliśmy i nauczajmy. Swoją stanowczością, konsekwencją i podnoszeniem się z tego, co każdego dnia i tak nas będzie przytłaczać. Bądźmy chrześcijańskimi realistami. To starczy.

SŁOWO