Zaznacz stronę

Praca na parafii to bycie bliżej realnych ludzi. Nie moich wyobrażeń o nich, ale realnych. To możliwość słuchania historii o tym jak wierzą prości ludzie, którzy nie są we wspólnotach, nie mają wielkiej wiedzy religijnej, całe życie ciężko pracowali, na coś czekali, a starość okazała się kompletnie nie spełniać ich oczekiwań.

Gdy ich słucham to wielokrotnie budzi się we mnie złość na księży z przeszłości, że tak wiele energii poświęcili na no to, by ludzi wychowywać do wiary w strachu przed Bogiem. To strasznie smutne, że starzy ludzie ciągle boją się Boga w tym, że źle odmawiają modlitwy, że nie potrafią skupić, że mają w ogóle jakieś uczucia, że (przepraszam za ten autentyczny przykład) „puszczą bąka” podczas modlitwy. Budzi się też we mnie złość na nas – współczesnych księży, którzy „posiedliśmy wiedzę” i nie dajemy Boga Żywego, ale rytuał i definicje, a to daje nam poczucie „panowania nad sytuacją i ludzkimi sercami”.

Przecież na wszystkich nas – ochrzczonych – ciąży obowiązek świadczenia o Bogu, który przyszedł do człowieka, by go wyrwać z lęku, by dać mu życie, by wziąć na Siebie nasze zło i grzech. Poszliśmy i dalej idziemy, na łatwiznę straszenia Bogiem. Ciągle wciskamy ludziom, że Bóg jest jeszcze jednym z ludzkich urzędników i strażników, który czeka na moment, w którym będzie mógł powiedzieć: złapałem cię na błędzie, twój wyrok się podniesie.

Łatwiej powiedzieć, że przyjęcie Jezusa na rękę jest diabelską sprawą, niż zaświadczyć, że Bóg kocha człowieka. Łatwiej jest powiedzieć grzesznikowi: „nie” niż z tym grzesznikiem usiąść do stołu. łatwiej odmówić wszystkie godziny brewiarza niż zauważyć w człowieku Boga. W człowieku, który nie przyszedł dać mi pieniędzy, ale wziąć mój czas. Ciągle nie chcemy dostrzec różnych niuansów w Ewangelii, które pokazują, że Bóg to nie program komputerowy 0-1, ale miłość, która szuka.

O wiele łatwiej w Kościele przychodzi nam wypełnianie tabelek, pilnowanie składek, pisanie pism, prowadzenie ksiąg, czyli zajmowanie się sobą niż dawanie nadziei. Dlaczego kazania na uroczystościach muszą się rozpoczynać od pozdrawiania czcigodnych kapłanów? Dlaczego wypracowaliśmy w Kościele postawę, która daje więcej szacunku kapłaństwu, a nie człowieczeństwu? Nie, nie chodzi o Chrystusa, ale o to, że człowiek jest bardziej realny, a to, co bardziej realne jest bardziej wymagające w miłości. Dlaczego ciągle nie chcemy usłyszeć dzisiejszej Ewangelii o nieczynieniu sobie mistrzów, o nie czuciu się jak mistrzowie? Dlaczego idziemy na łatwizny i tworzymy potworki myślowe, które polegają na tym, że każdy sprzeciw wobec księżowskiego działania widzimy jako prześladowanie wiary i posiadanie racji oraz prawdy?

Kiedyś prowadziłem rekolekcje w Warszawie, min. dla LO. Kiedy po pierwszym dniu, do zakrystii przyszła młodzież z różnego rodzaju kartkami i dzienniczkami nawet mnie to bawiło, śmiałem się, że jestem, jak Doda po koncercie, strzelam autografy. Jednak w drugim i trzecim dniu czułem zażenowanie, że ci młodzi ludzie przyszli słuchać o Wolności i Bogu Żywym, a potem musieli uzyskać dowód tego, że zaliczyli rekolekcje wielkopostne, wpisując to na listę innych zaliczeń.

Widziałem zdjęcie, powieszone w necie przez mojego kolegę księdza, który prowadził sesję dla księży. Widziałem na nim smutne twarze księży – głosicieli Zmartwychwstałego. Może od tego trzeba zacząć – byśmy uwierzyli w Jego Zmartwychwstanie, które daje radość. Wtedy odpadnie wiele z tego, co stworzyliśmy sami, a później podparliśmy się autorytetem Boga. Władzę, którą nam Jezus dał dotyczy dawania ludziom Boga w sakramentach, cała reszta jest naszym wymysłem, by nam… wygodniej było.

Słucham tego, co ludzie mówią, często między wierszami, nie wprost, z szacunku, ze strachu, z wyuczonych postaw. I czuję taką wielką bezradność. I złość.