Zaznacz stronę

Dzisiejszy fragment [KILK] stawia przede mną pytanie: czy za takim Jezusem (odrzucanym i niezrozumiałym) chcę iść, czy takiego Jezusa chcę naśladować? I nie chodzi tutaj o emocjonalne, szybkie odpowiedzi, ale dobrze przemyślaną decyzję.

Jezus jest smutny, sfrustrowany. Czyni dobro, czyni Królestwo Boże i równocześnie przez świadków tych wydarzeń jest oskarżany o kult szatana, a w konsekwencji odrzucany. Całe moje chrześcijaństwo, to nic innego jak próba naśladowania Pana, nie tylko w Jego chwale i wielkości, ale także w odrzuceniu. W fałszywym oskarżeniu.

Jasne, że Jezus, co wielokrotnie pokazywał, rozumiał ich motywacje. Widział, że ich oskarżenie musi wypływać z lęku. Oni czuli, że ich bezpieczny system rozpada się jak budowla z klocków.

I dość łatwo przychodzi mi identyfikować się z Jezusem, kiedy sam czynię dobro i jestem oskarżony o złe intencje. Wtedy łatwo powiedzieć: tak, jestem prześladowany za prawdę, wiarę, Jezusa. Jednak jest i druga strona tego tekstu. Ja często staję przed Jezusem lub kimś, kto w Jego Imię czyni dobro, i mówię: robisz to źle! Sam poddaje się lękowi i oskarżam dobrych.

Decydując się na pójście za takim Jezusem, muszę się godzić nie tylko z tym, że mi się obrywa, ale też ze swoją nędzą i słabością polegającą na tym, że nie jestem doskonały. Że ciągle jestem grzesznikiem i to nie tylko w pięknej teoryjce, ale w codziennej praktyce.

W czasie ostatnich moich rekolekcji odkryłem, że najtrudniejsze w Towarzystwie Jezusowym (dla mnie) jest bycie… towarzyszem Jezusa.