Zaznacz stronę

Wczoraj rano usiadłem do modlitwy i uświadomiłem sobie, jak wielu rzeczy sobie nie uświadamiam. A ciągle wydaje mi się, że żyję dość świadomie siebie samego. Doszedłem do wniosku, ze tak naprawdę wcale nie żyję głęboką świadomością tego, co się we mnie dzieje, a jedynie wyuczonymi kalkami tego, co działo się we mnie, ze mną – wcześniej.

Nie czuwam. Nie ma we mnie szczerego nieustannego wyczekiwania na Pana. Nie ma we mnie zmysłu oczekiwania, o którym pisałem wczoraj. Tak naprawdę jest strach przed tym, by zdążyć przed Jego przyjściem, by wtedy dobrze wypaść. Ale brak mi miłości, która wypleni strach.

Jak to się objawia? W stosunku do innych. Jasne, ja nie używam bata, by innym walić po plecach. Mam inny sposób. Oceniam innych. Widzę, jak łatwo mi ciągle w moim sercu, ale nie tylko oceniać ludzi, ich postawy, serca. Jeden z bożków, którym, oddaje cześć ma na imię: ja wiem. Ja wiem najlepiej, co, kto myśli, jakie ma motywacje i dlaczego taki jest, a nie inny. Zarzucając, w swoim sercu, innym ludziom lęk o to, że nie chcą nowego świata, sam tak naprawdę nie chcę się zgodzić na to, że nie chcą przyjąć mojego świata.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że znam wolę Pana. Przecież wiem, że On chce bym kochał, bym to, co innym mówię, choćby o umieraniu siebie samego, wprowadzał w swoje życie. Przecież doskonale wiem, że muszę umierać również w swoim zdaniu, w swojej opiniotwórczosci na temat innych ludzi. Doskonale wiem, że nie mogę (nie tyle nie powinienem), wszystkiego, co myślę o innych, wypowiadać. Bo to ja muszę obumrzeć, nie inni. Wiem doskonale, że nie mogę poddać się pokusie zrobienia idealnego świata, aby później móc spokojnie odejść, bo będzie już dobrze. Muszę odejść ze świata, właśnie wtedy kiedy on dalej będzie niedoskonały. Nawet Jezus odszedł właśnie z takiego świata.

Nie, to nie jest poddanie się, ale dzięki temu zacznę widzieć. Widzieć, co tak naprawdę jest i co tak naprawdę się dzieje. Wtedy zacznę dostrzegać fakty, w których przychodzi do mnie Bóg, a nie moje pobożne życzenia. Nawrócenie nie polega więc na tym, że wprowadzę nowość, ale na tym, że będę dostrzegać Boga w tym, co jest.

SŁOWO