Zaznacz stronę

Zero – jedynkowy świat jest straszny.

Swoją obecnością przyklepujesz ich myślenie. Bratasz się z mordercami. Szukasz poklasku za wszelką cenę. Jesteś jak oni. Kapłanowi nie wypada być w takim środowisku.Sprzedajesz się za chwilę sławy. To nieliczne teksty, które przeczytałem na swój temat w związku z nominacją Wyborczej (cała akcja skończy się zapewne tylko na tym) do Nagrody Człowieka Roku [KLIK].

Swoją obecność przyklepuję tylko to, że gdzieś, w danym momencie historii jestem obecny. A jeśli mogę mieć wpływ na kogoś myślenie, to bardzo się cieszę, jednak ów człowiek, podobnie jak autor tego zdania, podejmuje decyzję o swoim myśleniu i kierunku życia. Nie, nie bratam się z mordercami. Czytanie takiej, a nie innej gazety nie czyni człowieka mordercą, nawet gdyby tę gazetę czytał morderca. Po drugie bratanie się (czynienie z kogoś brata) jest sprawą bardzo chrześcijańską. Bo skoro On stał się moim bratem, a ja jestem winny śmierci, to tak – chcę się bratać.

Poklask? A cóż to jest? Jeszcze jedno ładne zdjęcie? Kilka zdań w gazecie? Chwila na „jedynce” portalu? Powiem Wam, że to nawet fajne, ale strasznie nudne. To zazwyczaj „jara” człowieka, dopóki tego nie przeżyje albo w momencie, w którym widzisz tam człowieka, którego nie lubisz. Poza tym nic w tym nie ma. Ludzie szybko zapominają, a życie toczy się w realnym świecie. Ale, tak dobre jest to, że wiem, że dzięki kilku takich akcji moje drogi skrzyżowały się z ludźmi, którzy pojednali się dzięki temu z Bogiem po długich latach. Wtedy „gra jest warta świeczki”.

Kapłan, a dokładnie prezbiter – straszy – ma być tam, gdzie są ludzie. Nic na to nie poradzę, że ludzie z „drugiej strony” udają, że mnie nie ma:-). Idę tam, gdzie mnie zapraszają, bo ufam, że tego chce Pan. Tak się z Nim kiedyś, przed laty umówiłem, kompletnie nie widząc na co.

Nie dajcie się zwariować. Iść swoją drogą – nie jest niczym złym. Ważne jest to, by nikogo nie niszczyć po drodze swoją agresją, nienawiścią i życiem. To, że w kimś wzbudzamy różne emocje nie jest od nas zależne. Podobnie jak nie są zależne te emocje od woli kogoś, kto je przeżywa. Odpowiedzialnym się jest za to, co się z nimi zrobi. Czy celowo się je podgrzeje w nim lub sobie.

Piszę to wszystko w dniu, w którym czytamy podczas liturgii [KLIK] takie słowa: „Odwagi! Trzeba bowiem, żebyś i w Rzymie świadczył o Mnie tak, jak dawałeś o Mnie świadectwo w Jerozolimie”. W życiu jest tak, że czasem znajdujemy się wśród swoich, a czasem poza nimi. Jednak z biegiem lat człowiek doświadcza różnych lat i orientuje się, że linia nie przebiega równolegle do granic miast, ale jest całkowicie gdzieś indziej, że my – ludzie stoimy wszyscy po jednej stronie, a wrogiem jest całkiem ktoś inny. W mojej – chrześcijańskiej – perspektywie jest nią zły, diabeł – ten, który dzieli.

Jeśli wygram, to będę się cieszył – mam swój mały plan jak to zagospodarować, jeśli nie – to też dobrze, będzie to znaczyło, że trzeba iść dalej. Zresztą w obu przypadkach trzeba mi iść dalej. Nie zatrzymywać się na czymś, ale przeżywając (szukając Boga „tu i teraz”) muszę iść dalej. Zatrzymując się, zostałbym w zero – jedynkowym świecie, który zabija i mnie i innych.