Zaznacz stronę

MInął już dobry rok od czasu, w którym mieszkałem w Puckim Hospicjum Jana. Nie udało mi się tej drogi kontynuować w Opolu, ale widzę jak wielką szkołą to dla mnie było. Co rusz – z racji tego kim jestem – spotykam się z sytuacjami, które w hospicjum musiałem mocno przepracować w bardzo przyśpieszonym tempie. Po swoich rocznych doświadczeniach w Opolu, chciałbym się podzielić kilkoma sprawami, które ciągle gdzieś nam umykają. Sprawami, które mogą być przydatne, bo wszyscy, prędzej czy później zetkniemy się z osobą cierpiącą, umierającą czy rodziną zmarłego. Chciałbym to, co napiszę oprzeć na pytaniu zadanym w tytule: czego nie należy, w sytuacjach cierpienia, robić. Zastrzegam, że to zapis tylko mojego doświadczenia i obserwacji. Nie jestem psychologiem czy super fachowcem. Potraktujcie to raczej jako zaproszenie do myślenia, o tych sytuacjach, bardziej świadomie. By je lepiej przeżyć, pomóc osobie cierpiącej i sobie.

Nie stój nad łóżkiem chorego
Myślę, że wszyscy widzieliśmy taki obrazek z szpitala czy domowych odwiedzin, kiedy nad łóżkiem chorego stoi kilu odwiedzających. Stoi, albo wręcz wisi na łóżku, opierając się na nim. Zdarza się, że wielu odwiedzających siada na łóżku chorego. Warto mieć świadomość tego, że w momencie odwiedzin, to chory jest (powinien być) w centrum, nie ja. Nie moje zmęczenie, nie moje uczucia, nie moje problemy. Łóżko pacjenta jest jego – często jedyną – sferą prywatności i intymności, w związku z tym należy ją uszanować. Moment leżenia w łóżku szpitalnym jest bardzo przepełniony dyskomfortem. Chory, jako jedyny jest w pidżamie, a nie rzadko pod przykryciem – nagi. To nie jest łatwe, szczególnie dla osób starszych. Warto o tym pamiętać, że poczucie wstydu, choć chroni naszą prywatność, to z drugiej strony nie ułatwia poczucia komfortu. Wiąże się z tym to, że nie należy zaglądać pod kołdrę chorego, próbując zobaczyć rurki, urządzenia i samo ciało. Nie należy do przyjemnych to, że każdy wujek i ciocia staje się nagle ekspertem, który musi zobaczyć ranę czy podłączone urządzenie. Często też osoby chore nie kontrolują do końca tego, co się dzieje z ich ciałem, stąd nie raz w szpitalach można zobaczyć te części ciała, które normalnie są zakryte. Dyskrecja jest szalenie ważna.
Bardzo niekomfortowe jest stanie nad łóżkiem chorego. To postawa często nieświadoma i trochę wymuszona (brakiem krzeseł), ale warto pamiętać, że bardzo niekomfortowa. Kiedy leżysz w łóżku, chory, słaby, a nad tobą stoi kilka osób, możesz czuć się osaczony. Stojąc możesz dawać sygnał swojej wyższości nad leżącym. Kiedy osób jest kilka, nagle świat leżącego zostaje drastycznie zawężony. Może on czuć to, że jest kimś gorszym, kimś kto jest właśnie obiektem obserwacji. Przyszedłeś w odwiedziny, to usiądź. Bądź na tym samym poziomie wzroku, co chory. Bardziej komfortowo czujemy się wtedy, kiedy rozmówca jest na „naszym poziomie”. Stanie nad łóżkiem wprowadza atmosferę pośpiechu i daje sygnał: jestem tylko na moment. To jest jeden z tych momentów, kiedy możesz sprawdzić, czy przyszedłeś odwiedzić chorego czy tylko zagłuszyć swoje poczucie winy lub pomóc sobie w tej niełatwej sytuacji.
Łóżko chorego, jak już wspomniałem, jest enklawą chorego, nie twoją podporą. Znów zobacz jak się czujesz, kiedy osoby drugie dotykają twojej pościeli, kiedy traktują twoje łóżko, jak barierkę i drabinkę. Na serio lepsze jest krzesło, niż łóżko chorego. Lepsze jest krzesło niż opieranie się z założonymi rękami, o pobliski parapet okna czy nocną szafkę, która także jest kawałkiem prywatnego świata chorego.

Nie komentuj.
Często w odwiedziny przychodzi każdego dnia kilkunastu „ekspertów”. Dostajesz złe leki, ja miałem inne. Ten wenflon jest źle wpięty. Te leki to jakaś pomyłka. Zdarza się, że nad nieprzytomnym pacjentem (lub umierającym) pojawiają się domorośli znawcy anatomii ludzkiego ciała i zaczyna się festiwal strasznych tekstów. To nie potrwa już długo, zobacz jaki jest zimny/gorący, Boże już mu ciemnieją paznokcie, nigdy się już nie wybudzi, to już koniec. Nie robimy takich rzeczy przy chorym. Nie wiemy do końca, co chory słyszy, a czego nie. Dobrą zasadą jest założyć, że słyszy wszystko. To pomoże być kulturalnym przy nim. Oczywiście, że wspomnę o tym, że to czyste chamstwo – dzielić skórę na niedźwiedziu. Rozumiem mechanizm, że czasem odwiedzający mogą, całkiem podświadomie, w ten sposób sobie poprawiać nastrój: ktoś ma gorzej, ale nie ma to zbyt wiele z humanizmem. Pewnie, że masz prawo, szczególnie jako rodzina, do informacji fachowej (od lekarza i pielęgniarek), masz prawo do zadania fachowcom pytań, prośby o komentarz do sytuacji, która jest dla ciebie nieznana czy niezrozumiała. Ale zrób to bardzo dyskretnie. Mówisz o człowieku chorym lub umierającym. To jest człowiek, nie eksponat w muzeum.

Nie udzielaj rad, nie pocieszaj w głupi sposób. 
Chyba nie ma nic gorszego niż to, że w momencie kiedy cierpisz, usłyszeć: wszystko jest OK, nic się nie martw, musisz się postarać wyzdrowieć, nie możesz mi tego robić (chorować, umierać). Warto, przed wypowiedzeniem kolejnej swojej złotej myśli, zastanowić się do kogo tak naprawdę mówię. Do chorego, czy do siebie, bo chcę usłyszeć, że będzie OK? I dlaczego to chcę usłyszeć? Bo naprawdę chcę dobra dla chorego, czy dlatego, że ja sobie nie radzę z tą sytuacją. Kiedy z naszych ust pada banalne: będzie dobrze, w chorym/cierpiącym te słowa uderzają w jego bardzo realne doświadczenia, w których obecnie jest. Lepiej mówić o tym, co teraz jest dobre, u samego zainteresowanego czy w jego otoczeniu. Warto opierać się na faktach, a nie na pobożnych życzeniach. Generalnie zasada, która mi bardzo pomaga: zanim wypowiesz słowo pocieszenia, zastanów się czy chcesz pocieszyć cierpiącego czy… siebie.

Śmierć.
Czasem jest tak, że najbliżsi nie pozwalają choremu odejść. Szantażują go emocjonalnie, przerzucają na niego to, co sami muszą w związku z śmiercią przerobić. Nie jest to celowe działanie. To jasne, że nikt nie chce tracić najbliższych. Jednak przychodzi moment, w którym ktoś odchodzi trzeba mu na to pozwolić.
Kiedy ktoś umiera, obok opuszczonych pojawia się wiele osób. Przychodzą ze słowami pocieszeń i… deklaracji o obecności i chęci pomocy. Znów zanim wypowiemy jakiekolwiek słowo, zapytajmy się, czy wypowiadamy je szczerze (czy jesteśmy w stanie je zrealizować i czy chcesz pocieszyć siebie czy drugiego). Zdarza się tak, że osoby, które chcą pocieszyć obrażają się, bo nie są przyjęte tak jakby chciały, czują się odrzucone, bo ten, który miał pociechę przyjąć nie chce z nimi rozmawiać. Moment śmierci nie jest normalnym momentem. Ludzie nie reagują, jak na codzień. Nie widza świata wyraźnie, wiele rzeczy do nich nie dociera, bywa, że są na lekach wyciszających.
Wiele razy byłem świadkiem scen, podczas których wiele osób mówiło: nie zostawimy cię, was. I już po kilku dniach znikali. Często tak jest dlatego, że po pierwszych emocjach nie wiemy co robić, jak się zachować, więc uciekamy, tłumacząc się przed samymi sobą, że to dla nas za trudne. Warto być wiernym swoim deklaracjom. Tak, może przyjść taki moment, że cierpienie osoby pozostawionej może nas irytować, być dla nas bardzo męczące, mamuy swoje życie itd. Jednak właśnie na tym polega prawdziwa miłość, że nie uciekamy. Niestety czasem ludzie sobie nie radzą. Nie wychodzą na prostą tak szybko jakbyśmy chcieli, spodziewali się tego. Ludzie po śmierci swoich bliskich zmieniają się. Nawet wiara nie pozwala wrócić do tego, co było, nie pozwala, bo nie będzie już tak samo. Jako człowiek z boku, nie mogę oczekiwać, że będzie jak kiedyś. I skoro deklaruję, że chcę być obecny, to muszę wejść w ten nowy świat.
Kiedy ktoś stoi nad zmarłym, to jedną z najgorszych rzeczy, którą może usłyszeć jest zdanie: czas leczy rany. Tak czas jest ważny, tak rany się leczą. Jednak każdy ma swój czas i swoje sposoby na rany. W ogóle czas po śmierci nie jest czasem na banalne teksty.

Co w takim razie?
Być. Obecność przy chorym, przy osobach po stracie – to jest to czego potrzebują. Najcenniejszy jest czas, ale nie ten, który ma leczyć rany, jak magiczne zaklęcie, ale czas, który mam ja i mogę go dać. Dać tyle ile naprawdę mogę, albo tyle ile go potrzebuje osoba cierpiąca. Muszę być szczery. Jeśli przychodzę na 20 minut, bo tyle mam, to mówię o tym wyraźnie, nie kłamiąc i kombinując. Jeśli mam dużo czasu, to chcę być wyczulony na wyraźny sygnał, że już idź, na razie wystarczy. Warto pamiętać, że nie mogę być po to i tak długo, aż osiągnę efekt, który ja założyłem. Są osoby, które dyzdują się odejść wtedy, kiedy wymuszą uśmiech na twarzy cierpiącego. Znów wracamy do pytania: przyszedłeś pomóc sobie?
I nie bój się tego, że nie wiesz, nie rozumiesz i nie jesteś Bogiem. Bądź człowiekiem dla człowieka.