Zaznacz stronę

SŁOWO

Zachorowałem.
Dopadła mnie choroba wielu współczesnych ludzi. Moja robocza nazwa tej przypadłości brzmi: „a ja myślałem”. Myślałem, że jestem kimś ważnym i wielkim. Kimś, kto dla wielu osób jest odniesieniem i głoszącym ważne sprawy. Myślałem, że jestem kimś, kto dla świata ma ważne przesłanie i powie innym „jak jest”.

Dlatego wziąłem do ręki Ewangelię.

Ewangelia jest lekturą różną od innych książek. Ona przypomniana mi, że Bóg jest obecny w mojej rzeczywistości, że ciągle jest w Nim świeżość patrzenia na mnie i moje życie. Ona uświadamia mi, że nie tyle jest opisem czegokolwiek, co jednym rozbudowanym zaproszeniem.

Jesteśmy powołani do Wielkiego Romansu, jesteśmy uwodzeni przez Wielkiego Uwodziciela. I to bez względu na to, czy jesteśmy mężczyznami, czy kobietami. On pragnie nas, a dokładnie ciebie i mnie. Jemu nie chodzi o nic innego. Nie jest mu potrzebny super wyznawca, poddany, fanatyk religijny. Jemu jest potrzebne twoje serce i nie spocznie dopóki go nie posiądzie.

Szukamy wszędzie szczęścia, spełnienia, nasze życie jest jedną wielką gonitwą za czymś, czego do końca nie jesteśmy w stanie opisać, nazwać. Sięgamy po różne rzeczy, które same w sobie są dobre. Praca, pasje, relacje, seks, alkohol, podróże. Wszystko to świadomie lub nie ma nam pomóc poradzić sobie z głosem, który słyszymy w naszym sercu: „chcę ciebie, pragnę cię”.

Uciekamy od tego głosu. Również ludzie wierzący i religijni. Zamiast oddać się Mu do końca, tworzymy sobie swojego boga i swoją religijność, która nie różni się niczym od innych naszych bożków, poza tym, że nam się wydaje, że to jest OK.

Bóg nas wzywa do wielkich rzeczy, nie do tego by się znieczulać, znów w bardzo różny sposób. Również religijnością, która nie ma nic wspólnego z oddawaniem chwały Bogu. Często nasza religijność jest hołdowaniem samemu sobie, swojemu poczuciu „jestem w porządku”. Nie mamy być w porządku, mamy być w romansie z Bogiem, oddawać Mu nie pierwsze miejsce w sercu, ale całe serce. Bóg nie ma być obsługiwany religijnie naszym pacierzykami, rekolekcjami, mszami. Jemu to do niczego nie jest potrzebne. My nie mamy się na chwilę znieczulać, jak alkoholem, marihuaną, adrenaliną, czy kolejnym orgazmem.

Panowie, wiem, że ten język jest dla niektórych odpychający. Ja też się z tym zmagałem. Jednak czas sobie przypomnieć, że Bóg to nie jest facet taki, jak my. On jest Kimś innym od nas, od mężczyzny i kobiety. My jesteśmy tylko na Jego obraz, ale nie jesteśmy tacy, jak On. W Nim odbija się także kobieta. Mówienie o romansie z Bogiem nie jest wywracaniem porządku (damsko – męskiego) do góry nogami. Nie ma co spłycać więzi z Bogiem do porównań o wspólnym polowaniu, wyjściu w góry, czy na dobre piwo. To są porównania podobne do tych biblijnych (pasterz-owca, garncarz-glina, dowódca-wojownik). Tu nie chodzi o zależność, czy o bycie pod władzą, tu chodzi o ścisłe zjednoczenie, a nie mamy na tym świecie lepszego obrazu (to jednak tylko obraz) zjednoczenia dwojga ludzi, jak zjednoczenie kochanków. I znów (wiem, że to trudne), ale warto spróbować oddzielić z tego obrazu dwie sprawy: przyjemność seksualną od więzi. O nią tu chodzi, o pragnienie zjednoczenia, bycia tak blisko, że bliżej się nie da.

Mamy iść na całość – żyć w Jego obecności cały czas. Nie wychodzić na chwilę z „profanum” do „sacrum”, ale otworzyć w końcu  oczy i dostrzec, że cała rzeczywistość jest święta.

Tak, tak wiem, czytałem Ewangelię, a ona mówi o innym myśleniu niż to, które za chwilę przeczytam na portalach internetowych (nawet tych katolickich). Mówi o małym ziarenku, które ma w sobie boską moc życia. Nie ma mówi o ludzkiej mocy, która, po latach okazuje się jeszcze jednym złem zapakowanym w przyblakłe sreberko.