Zaznacz stronę

Kilka razy już otrzymałem komunikat, w senie pozytywnego przekazu, ale i negatywnego: nie przepraszaj za nie swoje grzechy. A słowo „przepraszam” padało w kontekście grzechu pedofilii w Kościele, do którego należę.

Wczoraj wysłuchałem historii o kobiecie, która była molestowana przez swojego ojca. Wiedziała o tym cała wieś, rodzina, ksiądz, a nawet służby państwowe. Kobieta ta, ze swoim ojcem poczęła czworo dzieci. Dziś jest w bezpiecznym miejscu, zapewniona jest jej odpowiednia pomoc.
W wielu historiach molestowanych osób pojawia się ten wątek – obojętności środowiska, swoistych klapek na oczach wielu ludzi. Również wspólnoty Kościoła.

Gdy, w ostatnich dniach z moich ust, czy tekstów, padało słowo przepraszam, to bynajmniej nie dlatego, że chciałem ładnie wypaść, czy zbagatelizować cierpienie Ofiar. Nie.

Słowo przepraszam w moich ustach znaczy tyle, że przepraszam, że jako członek wspólnoty Kościoła, podobnie jak inni, nie widziałem i nie widzę, że obok dzieje się zbrodnia.

Niestety nasz Kościół, rozumiany jako wspólnota, bardzo często nie widzi zła, które dzieje się obok. Nie widzimy ofiar pedofilii, bitych kobiet, mężczyzn, dzieci. Nie zauważamy ludzi w depresji, nie zauważamy smutnych i tych, wszystkich, którzy nie pasują do naszej wizji świata. Nie łudźmy się, choć często karmimy się Ciałem i Krwią Pana, Jego Słowem, ciągle pozostajemy głusi i ślepi.

Bardzo dobrze nam idzie wytykanie błędów, które popełniają ateiści czy ludzie sceptycznie do nas nastawieni, bardzo dobrze idzie nam obrona nas samych, naszych instytucji, interesów finansowych, dobrze idzie nam idzie pijar, kiedy chcemy pokazać naszą nowoczesność, zdroworozsądkowe myślenie czy pragnienie by być arbitrami sporów społecznych.

Jednak to, do czego jesteśmy powołani, by zauważyć pobitego człowieka w rowie i jak Samarytanin przy nim się zatrzymać, stracić swój czas i pieniądze – idzie nam bardzo kiepsko. Owszem, zauważymy pobitego, ale tylko po to, by powiedzieć, że to jego wina, że znalazł się w takiej sytuacji życiowej i by od razu powiedzieć, że to wina masonów, wrogów Kościoła, niewierzących, gejów czy uczestników różnokolorowych marszów.

Czy trzeba przepraszać tak często? Uważam, że tak. Nie dlatego, że wchodzę, wchodzimy w rolę poddańczą, ale dlatego, że jesteśmy niesamowicie przez Pana Jezusa obdarowani i obdarzeni w wszelkiego rodzaju narzędzia, by widzieć i słyszeć, a jednak wybieramy święty spokój niewidzenia i niesłyszenia. Wolimy za to słyszeć i widzieć błędy innych.

Powiedzmy sobie szczerze, że świat, ateiści, geje i inni, których uważamy za przeciwników, często okazują się większymi humanistami niż my – wyznawcy Boga, który staje się Człowiekiem i jest największym humanistą – zakochanym w człowieku na śmierć.

Przepraszam.