Zaznacz stronę

SŁOWO

Dziś towarzyszem do przyglądania się samemu sobie jest sam Jezus. Na początku Wielkiego Postu nie staje na górze i nie mówi: kochani grzesznicy musicie pościć by w ten sposób się oczyścić i może Bóg się nad wami zmiłuje.

Sam idzie na pustynię, na 40 dni, by pościć i w końcu być kuszonym przez złego. Po, co Jezus idzie na pustynię i wystawia samego siebie? Czy nie lepiej by było, by spełnił oczekiwania ludzi i zmienił rzeczywistość, by właśnie sprawił, że zły nas nie kusi, że życie staje się prostsze?

Odpowiedź rozpoczęła się w Boże Narodzenie. Po to stał się człowiekiem, by nasze życie przeżyć z nami, by nam pokazać, że nic nas nie musi upokarzać, że nie ma niczego na tym świecie, co mogłoby nam zabrać naszą godność.

Jezus nie idzie na pustynię po to, by być kuszonym, ale by spotkać się z Ojcem. Pustynia ma miejsce po chrzcie Jezusa, podczas którego Ojciec nadał Mu tożsamość, ogłosił Go swoim Synem, a w Ewangelii Łukasza następuje po przypomnieniu rodowodu Jezusa. To dwie ważne wskazówki. Jezus nie idzie na pustynię, by się popróbować, by poćwiczyć i sprawdzić siłę woli. On idzie się tam spotkać z Ojcem. I to jest cel naszego postu, odejścia od codzienności – spotkanie z Ojcem. Celem jest Wielkanoc, Zmartwychwstanie.

Tylko że w naszym życiu, a więc i konsekwentnie w życiu Jezusa, jest tak, że zawsze, kiedy zbliżamy się do Ojca, pojawia się także zły, ze swoimi pokusami.

I jak to wygląda? Samotność. Tak już jest, że Ojca poznaje się w samotności. A samotność jest czasem, w którym pojawiają się także nasze słabości. I podobnie było z Jezusem. Kiedy zdecydował się na samotność i post, pojawiła się naturalnie słabość, wynikająca z głodu. Pod brak jedzenia można podstawić wiele innych rzeczy, które nas osłabiają (praca, nauka, intensywne relacje). W takim momencie pokusa polega na tym, że wszystko, co prowadzi do celu jest pokazane jako dobre. A Bóg powinien mi w osiągnięciu tego celu pomóc. Przecież w końcu chce mojego dobra. Cel niekoniecznie musi być materialny, może być duchowy, psychiczny, emocjonalny. Zły rzadko kusi do zła wprost. Zazwyczaj pokazuje swoje mistrzowskie zdolności dobrego manipulatora. Opiera się na sprawach, rzeczach, które same w sobie są dobre. Bo cóż złego jest w chlebie, kiedy się jest głodnym? Bo cóż złego jest w tym, że chce się rządzić, kiedy się wie, że można by tak dużo dla świata zrobić? Bo cóż złego jest w tym, że ufa się Bogu aż tak mocno, że człowiek może się rzucić z wysokości? Przecież Bóg jest dobry i powinien wspierać moje dobre chęci za wszelką cenę.

Ta scena z pustyni jest o tyle ważna, że pokazuje nam, że nie ma równości między pokusą a złem. Nie jesteśmy bezradni wobec pokus, tylko często padamy, bo tracimy czujność. Padamy, bo zapominamy, że chrześcijanin to człowiek walki. A kiedy jest się w walce, to trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Przeciwnik nie gra fair play. Jego nie obchodzi, że jesteś osłabiony, że właśnie masz trudniejszy czas. Tym bardziej jego propozycja łatwiej jest przez nas przyjmowana. Wróg, zły, diabeł, jakkolwiek go nazwiemy, jest dobrym taktykiem. Ma różne metody. Św. Ignacy mówi o tym, że jest jak uwodziciel lub jak dowódca. Jako pierwszy działa tak, żeby nic nie wyszło na jaw. Żeby mąż pani, którą uwodziciel uwodzi, o niczym się nie dowiedział. Bo wtedy wiadomo, co się wydarzy. Jako drugi działa tak, że szuka słabego miejsca w naszej twierdzy. I tam uderza. Dlatego ważne jest, by siebie znać i o tym, co o sobie wiemy, z Bogiem i innymi gadać.

I jeszcze jedna ważna sprawa, o której mówi drugie czytanie: Słowo Boże. Ono nie jest tylko wypełniaczem Mszy Świętej. Ono – jak pokazuje dzisiejsza Ewangelia – jest najlepszą obroną przed złym. Tylko że to Słowo ma być w moim sercu i na moich ustach, nie zamknięte w biblioteczce.

Proszę Was o wsparcie -> KLIK.