Zaznacz stronę

Jest taki fragment w Ewangelii, kiedy Jezus mówi do faryzeuszów o tym, że nakładają ciężary nie do uniesienia. Czym więcej słucham ludzi i ich opowieści o ich życiu wiary (a może tylko religijnym), tym bardziej mam w sobie przekonanie, że dziś wielu ludzi wierzących jest takimi faryzeuszami dla siebie. Tak bardzo wpojono nam strach przed życiem wolności, że uważamy (często bardzo podświadomie), że Bóg jest kimś, kto stoi nad nami tylko po to, byśmy z wolności nie korzystali. Boimy się „na wszelki wypadek”, wolimy żyć w samo-oskarżeniu, bo może się okazać, że jednak Bóg jest takim, jakim Go ludzie malują: patrzącym czy jest w nas żal doskonały. I zamiast żyć wolnością i miłością, to nakładamy na siebie ciężary.

Nakładamy sobie ciężar pomodlenia się. Musimy odmówić modlitwy do Boga. Przecież Bóg dwa razy dziennie włącza nasze konto i patrzy czy spłynęły nasze modlitwy. A przecież zaprosił nas do kochania Go z całych siebie. Z sercem, duszą, ciałem, czasem, rzeczywistością, w której żyjemy.

Nakładamy sobie ciężar małżeństwa. Zamiast cieszyć się sobą, na każdym poziomie, razem przezywać smutek, to znów widzimy Boga w progu sypialni, który patrzy czy jedność jest taka jak powinna być. Bo niby seks ma w sobie przyjemność i rozkosz, ale nie do końca to jest dobre w religii. Więc na wszelki wypadek znów się oskarżamy.

Nakładamy na siebie ciężar niedzieli, bo przecież Bóg nie pozwala nam robić czegokolwiek. Za to wmówiliśmy sobie, że nakazuje nam nie robić nic. I wyznajemy święte nie robienie nic. Zamiast poszukać tego, co mi daje radość i mi ułatwia życie.

On nie przyszedł dać nam krzyż. Nie, On przyszedł i pokazał jak go nieść, ale każdy swój. Pokazał, że cierpienie – pasja może być drogą miłości, ale nie jest celem.

Bóg, który staje się w naszych ustach i zachowaniach argumentem przeciw sobie i drugiemu, który staje się kartą przetargową dla moich racji, nie jest Bogiem, któremu na imię Jezus Chrystus.