Zaznacz stronę

Chrześcijaństwo zaczyna się w momencie kryzysu. Bardzo egzystencjalnego kryzysu.

Daliśmy się wyszkolić, wręcz wytrenować do tego, że Boga interesuje tylko nasze serce i nasza dusza. Dla ludzi XXI to są bardzo abstrakcyjne pojęcia. Dlatego też i nasza wiara trąci często abstrakcją, czyli czymś wyjętym z naszej codzienności. Prowadzi to do swoistego rozdwojenia w nas. Mamy swoje życie: radości, relacje, robotę, pieniądze, kryzysy, choroby i wiele innych przestrzeni. I mamy naszą religię. Obok naszej codzienności. Nawet bardzo często używamy innego języka w przestrzeni wiary i codzienności. Nauczyliśmy się, że Jezus przyszedł dać nam życie wieczne. Czyli obiecuje nam coś, po śmierci. Daje jakąś nadzieję, że nasze życie nie kończy się na zimnym ciele czy prochu w urnie. Niektórzy powiedzą wręcz, że obiecuje nam to, co inne religie, a my urodziliśmy się w takim kręgu kulturowym, więc weszliśmy z automatu w chrześcijaństwo. Równie dobrze moglibyśmy być muzułmanami.

Słyszymy dziś o niewidomym żebraku o imieniu Bartymeusz. Siedział przy drodze, żebrał, nie widział. Słuchał tylko. Zobaczmy tego człowieka. Śmierdzącego, siedzącego obok schodów, ulicy, którego mija setki ludzi każdego dnia, żebrzącego o każdy gorsz. Człowieka, który wszystkich wkurza swoim widokiem, człowieka, o którym każdy przechodzień „wie wszystko”, wie dlaczego jest ślepy, kto zawinił, kto powinien się nim zająć, gdzie powinien pójść po fachową pomoc. Zobaczmy jego frustrację, on czuje jak przechodnie nim gardzą, nawet jeśli wrzucają różne pieniążki. Zobaczmy dramat tego człowieka.

A teraz zobaczmy siebie. Siedzimy w naszym życiu przy jakiejś znajomej drodze. Ktoś w małżeństwie, ktoś w zakonie, ktoś inny w robocie tej samej od zawsze. Czujemy ciężar wzroku innych, ich dobrych rad, ich litości, współczucia i jednej chęci wobec nas: by się nas pozbyć z swojego widoku. Zobaczmy swoją osobistą ślepotę, nie tylko grzech, bo w kościele jesteśmy. Zobaczmy tak egzystencjalnie, to coś, co sprawia, że masz dość. Przyznaj się przed sobą, nawet jeśli to jest twoja rodzina, twoje powołanie, coś, o czym nie wypada tak myśleć.

Bartymeusz był w ciemnej czarnej dziurze. I z tej dziury zawołał tak głośno jak potrafił: JEZUSIE, SYNU DAWIDA, ULITUJ SIĘ. Synu Dawida, czyli Panie. Nie nauczycielu, przyjacielu, doradco duchowy, ciekawy człowieku, ale Panie!

Czy my nie mamy czasem wrażenia, że Bóg nas, tak naprawdę opuścił? Że nie ma go w naszym życiu? Może inni powiedzą: to ja opuściłem Boga przez swój słaby pacierz, słabą moralność i grzeszne pragnienia.

Czy część z nas nie uwierzyła już w to, że do końca życia musi być ślepcem siedzącym na ulicy? Ba, część z nas wmówiła sobie, że to wola Boża, bo przecież Bóg daje nam krzyże byśmy się zbawili.

Wiecie, że Jezus kiedyś powiedział: przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości(J10,10). On nie przyszedł nam wybaczyć tylko grzechów w sensie rytuału religijnego, czy obiecać nam, że jak będziemy grzeczni, czyli sami sobie przywrócimy wzrok to pójdziemy do niebo po śmierci.

Przyszedł dać nam życie i to w obfitości.

Posłuchajcie teraz: co chcesz, żebym ci uczynił? …. Idź twoja wiara cię uzdrowiła. Wstał i poszedł za Nim.

SŁOWO